Natychmiastowa wolność dla Andrzeja Mazurka
Informacje - Zagraniczne
czwartek, 17 maja 2012 16:19
Pod koniec ubiegłego roku dotarły do nas pierwsze informacje o sytuacji Andrzeja Mazurka, polaka, który od grudnia 2008 roku znajduje się w niewoli greckiego państwa (patrz: Inny Świat nr 1(36)/2012, dział ACK s.29, http://grecjawogniu.info/?p=5921). Towarzysze współosadzeni z Andrzejem pokrótce przedstawili jego sytuację, jednak opis ten był fragmentaryczny i pozostawiał wiele niedomówień. Dzięki greckim anarchistom, udało się nam nawiązać bezpośredni kontakt z Andrzejem i namówić go do przedstawienia szeregu okoliczności, które doprowadziły do jego pojmania i uwięzienia.

Andrzej pochodzi z niewielkiego miasta na Podkarpaciu, Nowej Dęby. Polskę opuścił w 2007 roku z powodu konfliktu z prawem. W Grecji wiódł proste i spokojne życie zarobkowego imigranta. Do czasu. 6 grudnia 2008 roku, dwóch policjantów, Epaminondas Korkoneas i Wasilios Saraliotis, zastrzeliło na jednej z ateńskich ulic młodego anarchistę Alexandrosa Grigoropoulosa. Zdarzenie to dało początek niespodziewanej reakcji łańcuchowej, która splotła ze sobą codzienne doświadczenie wielu tysięcy młodych greków, imigrantów oraz wszystkich innych grup egzystujących na marginesie „normalnego życia”. Ulice większości greckich miast wypełnił krzyk wściekłości skierowany przeciwko kapitalistycznej cywilizacji śmierci. Wydarzenia te do dziś nazywa się Grecką Rewoltą 2008/2009. Również Andrzej nie został obojętny na policyjne morderstwo, będące manifestem antagonizmów czających się pod powierzchnią kapitalistycznej normalności. Przyłączył się do grup walczących z policją i wydzierających z miejskiej pustyni życiodajną przestrzeń. Pozwólmy jednak, by to sam Andrzej podzielił się z nami swoimi przeżyciami. Oto fragment listu, który otrzymaliśmy:

„A ze mną to było tak, 7 grudnia 2008 roku siedziałem w jednej z polskich knajp ze znajomymi z pracy i dowiedziałem się o tym, że doszło do morderstwa przez władze, która została stworzona ponoć po to, by bronić społeczeństwa i utrzymywać porządek na ulicach. Zabójstwo to doprowadziło do społecznej rewolty, w której wzięło udział dziesiątki tysięcy ludzi na terenie całej Grecji. Byli to uczniowie, nauczyciele jak i zwykli ludzie, starsi i młodsi, ponieważ każdy z nich mógł być tą ofiarą.

Siedząc tak w tym barze, słuchając rozmów na ten temat, pomyślałem, że nie można tak siedzieć i zostawić to obojętnie. Postanowiłem dołączyć do ludzi, którzy wyszli na ulice, by pokazać, że morderstwo przez władze nie jest nikomu obojętne. Nie znając języka greckiego, nie znając też nikogo z tych, którzy wyszli na ulice, postanowiłem dołączyć do ludzi, którzy walczyli w tym momencie z policją.

Noc stała się dniem, płonące banki, sklepy, przystanki autobusowe, nieustanne wycie syren, smród gazu łzawiącego i ciągłe starcia z policją.

Tego wieczoru, mnie, jak i dosyć sporą grupkę tutejszych anarchistów otoczono i zablokowano w jednej z tutejszych szkół (wtedy szkoły posiadały azyl i policja nie mogła wejść na jej teren. Obecnie ten azyl został obalony przez rząd - chodzi tu o autonomię wyższych uczelni - dop. red.). Jedna z grup znajdująca się na terenie tej szkoły podeszła do mnie z zapytaniem skąd jestem itp. Ja ogólnie greckiego nie znałem, ale jakoś dogadaliśmy się po angielsku. Wyjaśnili mi, że zostaliśmy otoczeni przez policje i dzisiejszej nocy nikt stąd nie wyjdzie. Zaprowadzili mnie do jednej z sal wykładowych, gdzie większość odpoczywała, a niektórzy już spali. Powiedzieli żebym się gdzieś ulokował, odpoczął i przespał się.

Następnego ranka obudził mnie budzik, który miałem ustawiony w telefonie by pójść do pracy. Na sali część ludzi zbierała się do wyjścia, a niektórzy jeszcze spali. Wychodząc z sali zastanawiałem się, co teraz dzieje się na zewnątrz. Gdy doszedłem do drzwi wyjściowych, zobaczyłem grupkę dziewczyn (które widziałem też wcześniejszego dnia w szkole) które rozdawały każdemu wychodzącemu ze szkoły tyropite (typowe greckie śniadanie - taki placek z serem) i gorący kubek herbaty. Bardzo mnie zaskoczył tak zorganizowany poranek.

A na ulicach spokój. Służby porządkowe sprzątały ulice po zeszłym dniu i nocy. W powietrzu unosił się jeszcze smród spalenizny i gazu łzawiącego.

Jak gdyby nigdy nic, poszedłem do domu, przebrałem się i poszedłem do pracy, gdzie dowiedziałem się, że dzisiejszego dnia odbędzie się marsz przez miasto w imieniu zastrzelonego 15-letniego Aleksa. Po zakończeniu pracy poszedłem tylko coś zjeść i ruszyłem w kierunku placu Omonia gdzie zbierali się ludzie i przygotowywali do przemarszu przez miasto. Tego dnia zebrały się dziesiątki tysięcy ludzi.

Gdy zaczęła się demonstracja, dołączyłem do grupy ludzi, którzy byli na zewnętrznej stronie przemarszu i trzymając się pod ręce tworzyli łańcuch tak, aby demo nie zostało rozbite przez policję, która była w każdej bocznej uliczce. Policja wielokrotnie starała się rozbić demonstrację wyskakując z tych uliczek, używając gazu łzawiącego i granatów hukowych. Po jakimś czasie odłączyłem się od grupy, która spokojnie maszerowała i dołączyłem do grup, które były bardziej skoncentrowane na walce z oddziałami policji, która chciała rozbić przemarsz. Gdy policja wychodziła z bocznych ulic i ruszała w kierunku marszu, my odpowiadaliśmy butelkami z benzyną i kamieniami. Wielokrotnie dochodziło do starć twarzą w twarz. Oni uzbrojeni od stóp po sam czubek głowy, a my z deską z jakiejś ławki w jednej ręce, a w drugiej z kawałkiem marmuru, z nienawiścią w oczach, która nie pozwalała nam cofnąć się ani jednego kroku w tył. Tak było przez całą noc. Wielokrotnie odłączałem się od jednej grupy, dołączając do drugiej.

Gdzieś koło godziny trzeciej nad ranem kierowałem się w stronę szkoły, gdzieniegdzie napotykając się na grupy, które wciąż walczyły z policją. W pewnym momencie idąc bocznymi uliczkami, tuż przed szkołą policja zamknęła mi i paru innym osobom drogę z każdej strony. Byliśmy otoczeni. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to ruszyć w ich stronę starając się rozbić i przeskoczyć ich blok. W sumie była to jedyna możliwość wydostania się z tej zasadzki. No, ale niestety nie udało mi się, odbiłem się od ich tarczy i padłem na ziemię i automatycznie zaczęło się pałowania. Leżałem na drodze otoczony przez nieznaną mi ilość psów pałowany i kopany przez jakiś czas. W końcu przestali, podnieśli mnie, bo osobiście nie mogłem ustać na nogach po tym wpierdolu. Zaprowadzili mnie na jeden z pobliskich placów, który był pełen policji.. Założono mi kajdanki i posadzono na trawniku gdzie było już kilku zatrzymanych. Po jakimś tam czasie wsadzono mnie do policyjnego jeepa i odwieziono na komisariat.

9 grudnia, z samego rana zaprowadzono mnie na przesłuchanie, na które przyprowadzono tłumaczkę z tutejszej Ambasady Polskiej. Pytali mnie, co robiłem wtedy na ulicy i że oskarżają mnie o atak na policjantów, rzucanie w nich kamieniami i butelkami z benzyną itp. Oczywiście do niczego się nie przyznawałem, mówiłem, że byłem zwykłym przechodniem, który wracał do domu z jednego z pobliskich barów. Złożyłem swoje zeznania i zaprowadzono mnie do aresztu.

10 grudnia zawieziono mnie i parę innych osób do prokuratury. Gdy czekałem na swoją kolej, podszedł do mnie koleś pochodzenia arabskiego albo z Pakistanu (do dziś nie wiem skąd on był) i po polsku zagadał do mnie, że zna polski i będzie mi tłumaczył. Zaczął mi mówić jak sprawa wygląda, że dołączono mnie do 5-osobowej grupy: trzech Greków, jeden Palestyńczyk i ja. Przyprowadził też adwokata z urzędu, który bronił mnie, jednego Greka i tego Palestyńczyka. Tłumacz powiedział mi, żebym zostawił to w jego rękach, bo on rozmawiał z adwokatem i wie, co ma powiedzieć. Ja miałem mówić cokolwiek, żeby tylko wyglądało, że on tłumaczy.

Weszliśmy na salę całą piątką i pierwsze pytanie ze strony prokuratury brzmiało, czy oskarżeni się znają. Nikt nikogo nie znał, więc zaczęli nas przesłuchiwać osobno. Ja miałem numer 4. Gdy czekałem na swoją kolej ten tłumacz mówił mi, że nie ma się czym przejmować, że wszystko będzie dobrze, przesłuchają nas tutaj i wypuszczą do domów.

Przyszła moja kolej. Wszedłem na salę, przedstawiłem się i zaraz zaczęli zadawać pytania: co robię w Grecji, gdzie mieszkam, czy pracuję i takie tam. Gdy pytali o to, co i jak było na zamieszkach, mówił za mnie ten arabski tłumacz i kazał mi pokazać ślady pobicia przez policjantów, a była to cała prawa strona ciała (na głowie miałem na szczęście kask, który wziąłem z jednego za zdewastowanych i okradzionych sklepów). Prokurator zaraz po przesłuchaniu kazał odwieźć mnie do szpitala na prześwietlenia, co w konsekwencji nie nastąpiło. Przesłuchanie się zakończyło, czekaliśmy na odpowiedź, czy nas wsadzą czy wypuszczą. Arab w dalszym ciągu z uśmiechem na twarzy powtarzał mi, że wszystko będzie dobrze.

Później wołają nas do środka. Czytają nasze nazwiska i coś tam po grecku. Widząc miny Greków, którzy byli ze mną w grupie zrozumiałem, że czeka nas sankcja. Prokurator w dalszym ciągu coś tam czytał i wtedy ten Arab powiedział mi, że zostaniemy zatrzymani do czasu rozprawy. Zawieziono nas z powrotem do aresztu, gdzie przesiedzieliśmy jeszcze jedną noc i następnego wieczoru zawieziono nas do więzienia.

W więzieniu jak to w więzieniu, wszystko przychodzi z czasem. Z początku było troszeczkę ciężko, ponieważ byłem jedynym Polakiem na oddziale i miałem problemy z porozumiewaniem się. W greckim więzieniu jest zupełnie inaczej niż w polskim. Tu jesteśmy otwarci cały dzień i możemy korzystać z telefonów. Bardziej to przypomina akademik niż więzienie.

Po sześciu miesiącach przyszedł mi papier na sprawę, czy mają mnie trzymać dalej czy wypuścić. Odrzucono to, tak samo było po 12 miesiącach. Pod koniec grudnia przyszło mi wezwanie na rozprawę, która miała się odbyć 16 stycznia 2010 roku.

Na kilka dni przed rozprawą przyszedł do mnie ten adwokat, który był ze mną z początku w prokuraturze i kazał zebrać na sprawę papiery, które udowodnią to, że mieszkałem w Grecji od jakiegoś czasu, że pracowałem i takie tam. Powiedział mi, że będzie ciężko, bo zarzucają mi sporo oskarżeń, ale wierzy w to, iż mnie wypuszczą z wyrokiem w zawieszeniu.

W dniu sprawy dowiedziałem się, że tylko ja pozostaję w więzieniu, że całą resztę zwolniono do czasu rozprawy. Tego dnia sprawa się nie odbyła z jakiegoś tam powodu - nie przyszedł któryś ze świadków czy coś takiego. Przełożono ją na 1 marca, później znów na 11 marca i tak przekładano 11 razy! Sprawa główna odbyła się w końcu w dniach 18-19 maja.

18 maja byłem przesłuchiwany jako numer czwarty. Za tłumacza miałem znów tego Araba, który nic a nic mi nie tłumaczył. Powiedział mi, że rozmawiał z adwokatem i wie, co ma powiedzieć. Ja miałem tylko improwizować, że składam zeznania.

Ogólnie w ich oczach, tak jak oni to sobie stworzyli, to ja przyjechałem z Polski tylko i wyłącznie na tą rewoltę. By udowodnić to, że żyłem tu od dłuższego czasu i pracowałem, przyniosłem wszystkie papiery, które zażyczył sobie wcześniej adwokat i przyszedł też na świadka szef, u którego pracowałem. Okazało się to darmową robotą, ponieważ adwokat nawet ich nie wyciągnął w czasie rozprawy. W ogóle nie miał za dużo do powiedzenia w mojej obronie.

Następnego dnia, 19 maja, pojechałem usłyszeć wyrok. Sędzia zaczął czytać: numery jeden, dwa i trzy - oskarżeni niewinni. Numery cztery i pięć (ja i jeden z Greków) i zaczął czytać zarzuty oraz wyroki z których nic nie rozumiałem, widziałem tylko jak Arab liczył lata i miesiące po grecku. Adwokat sprzeciwił się wyrokowi sądu i poprosił o zmniejszenie wyroków. Wtedy cała ława przysięgłych wyszła na naradę. Gdy już wyszli, tłumacz powiedział mi, że proponują 12 lat za usiłowanie zabójstwa policjantów poprzez rzucanie w nich butelkami z benzyną, kamieniami i około 100 miesięcy za resztę zarzutów. Adwokat sprzeciwiał się wielokrotnie z wyrokiem sądu do czasu, gdy wyrok spadł do 7 lat i pozostawieniu tego Greka na wolności do czasu odbycia się apelacji (odwołania od wyroku). I na tym zakończyła się walka adwokata. Gdy po sprawie zapytałem go, jaki w końcu mam wyrok, powiedział, że 7 lat i że porozmawiamy o tym później, że przyjdzie do mnie do więzienia i porozmawiamy. Do dzisiejszego dnia go nie zobaczyłem.

Po kilku miesiącach przewieziono mnie do innego więzienia, gdzie poznałem kilku anarchistów, którzy zainteresowali się moją sprawą. Byli zaskoczeni, że ktokolwiek znajduje się jeszcze w wiezieniu za rewoltę z grudnia 2008 roku. Tu dowiedziałem się, że mój wyrok jest znacznie większy niż myślałem: 7 lat i 55 miesięcy i że oskarżyli mnie o:

- używanie ładunków wybuchowych z usiłowanie pozbawienia życia policjantów

- posiadanie ładunków wybuchowych (butelki z benzyną)

- produkcja ładunków wybuchowych (butelki z benzyną)

- niszczenie mienia

- dewastacja banków, sklepów i innych obiektów

- kradzież

- i jeszcze jeden, którego w tej chwili nie pamiętam

W sumie jest siedem zarzutów. Teraz czekam na odwołanie, które odbędzie się 11 czerwca 2012 roku. Prawdopodobnie tego dnia zbiorą się tutejsi anarchiści pod sądem z żądaniem natychmiastowego zwolnienia mnie z więzienia.

Być może pójdę na tą sprawę z nowym adwokatem, którego załatwiają mi tutejsze organizacje. Za jakiś czas dowiem się dokładnie, co na rozprawach mówił za mnie ten arabski tłumacz.

Co do zarzutów które dostałem to wygląda to tak:

- w momencie aresztowania nie posiadałem przy sobie żadnej butelki z benzyną, pałki czy kamienia. Nie miałem też zasłoniętej twarzy.

- w czasie, gdy nas otoczono nie dochodziło do żadnych starć z policją. Normalnie spacerowałem, gdy zostałem otoczony i aresztowany.

- wszystkie zarzuty nie są w żaden sposób udowodnione i opierają się tylko i wyłącznie na zeznaniach policjantów, którzy mnie aresztowali”.

Z opisu wydarzeń, przedstawionego przez Andrzeja rysuje się obraz sprawy w której wyrok był z góry ustawiony. Imigrant nie znający języka, zdany na łaskę urzędowych przedstawicieli, których zachowanie podczas wykonywania procedury wydaje się co najmniej niejasne, był w zasadzie bezbronny wobec greckiego wymiaru (nie)sprawiedliwości. Zgodnie z zasadą, że prawo jest pajęczyną w którą wpadają głównie płotki, pojedynczy buntownik, odizolowany od innych, został mściwie wrobiony przez władze sądownicze w długoletni wyrok. Mimo wcześniejszych problemów z prawem, Andrzej nie wahał się z wyjściem na ulicę i solidarnie dołączył do młodych gniewnych, do anarchistów, do niekontrolowanych, odpowiadających protestem na policyjną przemoc autorytarnego systemu „bankowej junty”.

Dziś, gdy zbliża się data rozprawy apelacyjnej Andrzeja, nadchodzi dobry moment, abyśmy to my okazali solidarność ostatniemu więźniowi Grudniowej Rewolty. Żaden zamknięty za kratami uczestnik społecznej wojny nie może być zapomniany i zostawiony sam sobie. Wszystkich, których obchodzi los Andrzeja, którzy pragną dołączyć swój głos nieposłuszeństwa do burzliwych fal greckiej walki, zachęcamy do podjęcia działań solidarnościowych, dzięki którym greckie władze przekonają się, że Andrzej nie jest sam! Solidarność to wielokształtny nurt możliwości działania na różnych płaszczyznach. Tym, którzy chcieliby wyrazić swoje zdanie przy pomocy papieru lub meila, podajemy adresy greckich placówek dyplomatycznych w Polsce, do których możecie słać listy protestacyjne, upominające się o wypuszczenie naszego towarzysza. Rozprawa apelacyjna odbędzie się 11 czerwca 2012. Warto postarać się by nasz głos dotarł do nich wcześniej, aby zdążyli przekazać go swoim szefom. I nawet jeśli pozostanie on zignorowany, niech dowiedzą się, że wiemy, że nie zapominamy oraz że nie uda im się bezkarnie ukrywać swoich represyjnych posunięć przeciwko wolności.

WZYWAMY DO NATYCHMIASTOWEGO UWOLNIENIA ANDRZEJA MAZURKA!

SOLIDARNOŚĆ ZE WSZYSTKIMI UWIĘZIONYMI BOJOWNIKAMI SPOŁECZNEJ WOJNY!

ZNISZCZYĆ WSZYSTKIE WIĘZIENIA!

 

 

Redakcja kwartalnika anarchistycznego INNY ŚWIAT

Redakcja portalu grecjawogniu.info

Redakcja portalu raf.espiv.net

Anarchistyczny Czarny Krzyż

 

Namiary na greckie placówki dyplomatyczne w Polsce:

 

Ambasada Grecji w Polsce

ul. Górnośląska 35, 00-432 Warszawa
tel. (0-22) 622 94 60, 622 94 61
fax (0-22) 622 94 64
e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Wydział Konsularny:
tel. (0-22) 622 94 62; fax (0-22) 622 94 63
e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Biuro Ekonomiczne i Handlowe:
ul. Krakowskie Przedmieście 47/51
00-071 Warszawa
tel. (0-22) 826 48 28; fax (0-22) 826 40 08
e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Biuro Prasowe:
ul. Bagatela 11/6, 00-585 Warszawa
tel. (0-22) 849 37 77; fax (0-22) 849 38 11
e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.