"Monitoring? Nie, dziękuję!" - relacja ze spotkania
Publicystyka - Krajowa
niedziela, 10 listopada 2013 16:56
25 października 2013 roku w poznańskiej klubo-księgarni Zemsta odbyło się spotkanie „Monitoring? Nie, dziękuję!”, będące pierwszym od dłuższego czasu analitycznym podejściem środowiska anarchistycznego do problemu państwowej i prywatnej inwigilacji za pomocą kamer CCTV. Warto dodać, że zaproszeni prelegenci – nie związani skądinąd z ruchem wolnościowym – swe badania prowadzili od miejsca, do którego kilka lat temu doszli działacze FA. Jak więc wygląda problem monitoringu AD 2013? Prezentacje badaczy tej kwestii pokazały, że rozwój CCTV trwa w najlepsze, przy czym jego związek ze wzrostem bezpieczeństwa jest – delikatnie mówiąc – znikomy.

Zdaniem Jakuba Lewandowskiego, zajmującego się naukowo problematyką miejskiego monitoringu i jego wpływu na życie mieszkańców miasta, jest to idea szkodliwa i dalece niedopracowana,wymagająca znacznych nakładów finansowych i nie przynosząca  niemal żadnych społecznych czy materialnych zysków. 

Na przykładzie jednej z dzielnic Poznania, młody badacz pokazał , że propaganda władz, w którą wierzy cześć obywateli – skupiająca się na wzroście poczucia bezpieczeństwa i obniżenia ilości przestępstw – nie  ma pokrycia w rzeczywistości. Jeśli w części objętej monitoringiem ilość zajść o charakterze kryminalnym spada, to dlatego, że spada ilość przestępstw w ogóle. Tzw. efekt monitoringu jest przedstawiany bez kontekstu –bez porównania z obszarem nieobjętym monitoringiem (w obrębie tej samej dzielnicy), za to z naciskiem na krótkotrwały efekt, który zazwyczaj jest pozytywny.  Jak zauważa Lewandowski – to pozorny sukces, bo ilość przestępstw i tak spada, niezależnie od monitoringu. Co więcej – tempo ich spadku nawet maleje po zainstalowaniu kamer, co pokazuje, że ta informacja od władz jest zwykłą manipulacją. Jeśli możemy mówić o „pozytywnym działaniu monitoringu”, to jedynie na krótkiej przestrzeni czasu – im więcej lat od zainstalowania, tym jego „skuteczność” sukcesywnie niknie. Mimo to władze zawsze znajdują usprawiedliwienie dla monitorowania coraz większych obszarów miasta, nie zważając na to, że cały system zwróci się – bagatela - za 25 lat.

Lewandowski upatruje przyczynę spadku przestępczości w innych czynnikach społecznych, niezależnych od inwigilacji obywateli przez władze. Podkreśla też, że zatrudnienie operatorów kamer jeszcze bardziej obniża „skuteczność” monitoringu – mało kto zdaje sobie sprawę, że jeden człowiek ma śledzić około 30 monitorów, a rozliczany jest ze swego „zapału do pracy”. Nie ważne są więc poniesione koszty oraz społeczne efekty, liczą się potencjalne „korzyści”, w dużej mierze czysto wirtualne.

Wystąpienie Małgorzaty Szumańskiej z Fundacji Panoptykon, zajmującej się statutowo problemem inwigilacji obywateli przez władze, przesunęło akcent z liberalnego żądania „większej skuteczności władz w egzekwowaniu własnych przepisów, za co wszyscy płacimy”, na problem realnej, a więc społecznej i psychologicznej ceny za życie pod okiem kamer. Jak zauważa badaczka, wielu mieszkańców przyjmuje „konieczność” monitoringu „na wiarę”, nie zwracając uwagi na fakt, iż blisko 60% (często więcej) zgłoszeń, które „zawdzięczamy” jego obecności, nie dotyczy zdarzeń zagrażających zdrowiu i życiu. Dlatego też nie powinien dziwić stosunkowo wysoki stopień akceptacji dla obecności kamer CCTV. Głos osób wyrażających sprzeciw jest marginalizowany, definiowany jako nie wpływający na ogólny nastrój społeczny. 

Nie jest niespodzianką, że tzw. opinia publiczna kształtuje się poprzez komunikaty ze środków masowego przekazu. A tam przekaz jest jasny: monitoring jest potrzebny, bo wychwytuje np. akty kradzieży. Że są to marginalne zdarzenia, tego się już nie dowiemy. W rezultacie jest on coraz częściej traktowany jako „ukochany nieznajomy”, z którego obecnością w zasadzie większość się pogodziła, wręcz ją zaakceptowała. Ceną za ten „związek” jest życie w permanentnym strachu, bo każda kamera wysyła komunikat: „uwaga: miejsce niebezpieczne”. Stopniowo w ten sposób budowane jest społeczeństwo oparte na nieufności, niezdolne do pomocy wzajemnej, rezygnujące z podejmowania jakichkolwiek zmian czy reakcji na zastane wydarzenia, bo „przecież jest monitoring”. W rezultacie wielu ludzi zaczyna czuć się niekomfortowo w miejscach nieobjętych monitoringiem. Zapominają oni o tym, że miejskie kamery to i tak ułamek problemu, a nagrania prywatnych firm są wykorzystywane w zupełnie niekontrolowany sposób.

Władza również stopniowo uczy się kontrolowania i dyscyplinowania obywateli przy użyciu monitoringu, a proces ten zaczyna się już na etapie przedszkolnym. Dzieci uczą się życia pod okiem kamer, najpierw straszone, a potem socjalizowane do umiejętnego „grania”, gdy „kamera patrzy”. W ten sposób monitoring zostaje zinternalizowany jako konieczność i coś oczywistego, problemem jest jego techniczna doskonałość, a nie sam fakt istnienia.  

Obraz z miejskich kamer jest, co często podkreślają anarchiści, wykorzystywany do inwigilacji ruchów społecznych, które władza traktuje jako wymierzone w samą siebie. „W interesie naszego bezpieczeństwa”, strasząc ekstremizmem i terroryzmem, wymusza się na obywatelach akceptację dla monitoringu.  Właściwie nie pyta się ich o zdanie, ale najpierw „urabia”, by w odpowiednim momencie postawić przed faktem dokonanym, który uznają za oczywisty. Olbrzymi  finansowy koszt monitoringu jest więc też ceną za zbudowanie społeczeństwa, akceptującego inwigilację, traktującego ją jako część życia. Jako anarchiści wierzymy jednak, że można powstrzymać ten proces, a walka zaczyna się na podstawowym poziomie informacji, które udostępnione umożliwią zbudowanie ruchu oporu. Walka dopiero się zaczyna!

Dźwiękowy zapis spotkania do odsłuchania tutaj