Maria Aliochina (Pussy Riot): skazana nie jest człowiekiem, a workiem z rzeczami [wywiad]
Publicystyka - Zagraniczna
poniedziałek, 30 grudnia 2013 13:08
Zapraszamy do lektury wywiadu ze świeżo wypuszczą z więzienia aktywistką  Pussy Riot, udzielonego opozycyjnej, moskiewskiej "Nowaja gaziecie" - polskie tłumaczenie opublikowano tu:


Jele
na Kostiuczenko, Nowaja Gazieta: Jak znalazłaś się na wolności?

Maria Aliochina, Pussy Riot:
Na polecenie Dyżurnego Przedstawiciela Naczelnika Obozu wezwano mnie do obozowej dyżurki. Tam nas wzywają często. Chodzimy tam, gdy w jakiejś sprawie żądają od nas wyjaśnień, na przykład kiedy którejś z nas zsunie się z głowy chustka. Tym razem wezwano mnie o ósmej rano. Zaprowadzono do Izby Kontroli Osobistej, to w odległości dwóch kroków. Tam ogłoszono mi postanowienie o amnestii. Zrobiono to w obecności wszystkich zastępców naczelnika obozu karnego, byli tam także szefowie różnych służb obozowych. Przyniesiono moje rzeczy. Poszliśmy do samochodu. Wcześniej, kiedy wysyłano mnie w etap, odbywało się to podobnie. Ale kiedy tym razem zobaczyłam czarną Wołgę, szczerze mówiąc, zareagowałam ze zdziwieniem.

Jechałaś na tylnym siedzeniu?
Tak. Tam siedzieli jeszcze dwaj konwojenci. Na początku sprzedano mi bajkę, że jedziemy do prokuratury. Ale potem zorientowałam się, że jedziemy w innym kierunku. Wysadzili mnie na dworcu, pożegnali się, życzyli powodzenia. Taki to był konwój.

Chciałaś odmówić skorzystania z amnestii?
No jasne. Ale amnestia to rozporządzenie dla zakładu karnego, nie dla mnie. W tym wypadku, byłam po prostu pionkiem.

Co wtedy poczułaś ?
Torby. Poczułam ich ciężar (śmieje się). To było jak w filmie. Cała sytuacja była bardzo filmowa. Ale bywa, iż w takich najostrzejszych, wyrazistych momentach, czujesz się czasem, jakby z zewnątrz.

Widziałaś Filipa przez te dwa lata?
Naturalnie. Przyjeżdżali do mnie. I do obozu w Bieriezniakach i Niżnim też.
Wystraszył się w obozie?

Nie. Pokój do widzeń jest całkiem zwyczajny, z łóżkiem, stołem, są w nim nawet zabawki. Jemu się spodobało, nie zapłakał ani razu. Filip jak na swój wiek jest bardzo dorosły (syn Marii ma 6 lat – EK). Zadziwiające. Jest bardzo poważny…  Ale jestem tez przerażona, bo te dwa lata nie mogą pozostać bez wpływu….

Miałam 87 fantastycznych dredów. Pomogła mi je zrobić jedna z dziewczyn, wyglądały bardzo profesjonalnie. Ale teraz ruda farba w obozie została zabroniona, dawniej można było się dogadać, ale po moich warkoczykach, już nie.

Dlaczego zabroniona?

Na podstawie rozporządzenia zastępcy naczelnika obozu do spraw bezpieczeństwa i pracy operacyjnej. W obozie obowiązuje wiele różnych zakazów. Głowę wolno myć tylko w łaźni (bani) w specjalnie wyznaczonym dniu. W oddziale nie wolno. Jeśli się pobrudzisz, to trzeba załatwić specjalne zezwolenie u oddziałowej.

Nie wolno znajdować się w miejscu przeznaczonym na sen w czasie nie przeznaczonym na sen. Tam można się znajdować tylko od 21,20 do 5,30. Jeśli poczytamy sobie regulamin obowiązujący więźniów w Oświęcimiu albo Buchenwaldzie, odnajdziemy w nim podobieństwa do naszego. Tam nie wolno było siedzieć na pryczach. Czytałam Primo Leviego, Imre Kertesza, mam za sobą lekturę radzieckich dysydentów. To się powtarza, ta historia z miejscem do spania. Jest w tym jakaś szalona inercja. Wszystko powtarza się z roku na rok, ministerstwo zatwierdza te same przepisy i regulaminy. Jeśli jednak pozwolić skazanemu siedzieć na łóżku w czasie nie przeznaczonym na sen, to powstrzymałoby to rehabilitację skazanego przestępcy?
Wszystkie te zasady nie obowiązują stale, tylko od czasu do czasu. Nazywa się to „zaostrzeniem dyscypliny” – to takie dokręcenie śruby. Przez dłuższy czas nikt niczego nie zauważa, ale potem, nagle, jeśli znajdą w twojej szafce nocnej, ciasteczko, albo okruszki, może zostać sporządzony raport o nie przestrzeganiu przez skazaną „warunków sanitarnych”
I jeszcze. Nawet jeśli nie jadasz w stołówce, masz obowiązek tam chodzić. Minimum trzy razy w ciągu dnia. Jeśli to jest obóz z „miejscówkami” (ogrodzony teren przylegający do poszczególnych baraków), tak jak w Bieriezniakach, to oznacza to codziennie stratę 40-50 minut. Najpierw oddziałowa ustawia nas w szeregu, potem całą kolumną idziemy do stołówki, tam spędzamy 20 minut. Po wyjściu znów ustawiamy się w szeregu i kolumną marszową wracamy na nasz plac. Godzina zmarnowana na nic. Siedzisz i obserwujesz, co dzieje się dookoła. Latem wszędzie czuć brudny zapach intymnych podpasek.

W ogóle nie jadłaś obozowego jedzenia?

Próbowałam, degustowałam. To było dla mnie interesujące. Wydaje mi się, że w obozie niżegorodzkim wyżywienie jest lepsze, niż w permskim kraju.  

W obozie nie ma wegetarianek. Jadłam, to co przysyłano mi w paczkach, tarłam marchewkę.
Jedzenie w obozie ma wielkie znaczenie. To tam jedyna dostępna przyjemność. Bardzo cenione jest jedzenie domowe, kotlety, kartofle. Ale zezwolenie na paczkę z podobnymi produktami musi podpisać naczelnik oddziału sanitarnego-medycznego.



Ta część skazanych to narkomanki. Jest ich około 70%. Im wszystko  jedno, co jedzą. Najważniejsze, żeby było jak najwięcej i możliwie słodkie. Po aresztowaniu, kiedy mija zatrucie narkotykowe zaczynają bardzo dużo jeść. Najbardziej lubią słodką herbatę z czekoladkami.
Kolejna liczebnie część skazanych to kobiety, które popełniły szczególnie ciężkie zbrodnie, są odpowiedzialne ze śmierć innej osoby. W ich wypadku dotykamy rożnych kwestii związanych z feminizmem. Są to zwykle kobiety w starszym wieku mające na sumieniu śmierć mężów, albo partnerów życiowych. Przedtem musiały znosić ich alkoholizm, były regularnie bite. Wszystkie powtarzają tę samą historię. Pił, bił, nie wytrzymałam.

Podczas śledztwa nie bronią się. Przyznają się do winy i godzą się na rozpatrzenie ich sprawy  w ramach szczególnej procedury. Bywają często skazywane na wyroki nie uwzględniające ich doświadczenia. W Bieriezniakach siedziała na przykład pewna kobieta, skazana na 8 lat. Osiem ! Ale jeśli ją regularnie bito i ona wystąpiła w swojej obronie, trudno skazywać ją za zwykłe morderstwo. Kobieta mieszkająca na wsi, albo w osadzie typu miejskiego, ma tylko dom, w dodatku na spółkę z takim partnerem. Nie może sprzedać domu, bo jest on pozbawiony jakiejkolwiek wartości. Nie może odejść, bo nie ma dokąd. Nie może przegonić swojego partnera, bo on także jest tam zameldowany. Może zwrócić się do organów ścigania, zatrzymają go, ale po wyjściu na wolność będzie ją bil jeszcze bardziej. Nie mamy w kraju żadnych mechanizmów ochrony kobiety od przemocy. Kobiety nie maja do kogo się zwrócić. Wpadają w pułapkę. Takich kobiet jest bardzo dużo.
No i są jeszcze skazane za przestępstwa gospodarcze – 5%.

Ile kobiet siedziało w twoich obozach?
W obu -po 1100-1200 skazanych. I tu i tam podstawowym zajęciem było krawiectwo. Cały czas obowiązuje dyscyplina, kobiety spędzają czas w towarzystwie swojej brygady. W Bieriezniakach jest też wydział wikliniarski, produkowane są również materace, w Niżnim Nowgorodzie wyroby metalowe, opakowania ozdobne.

Starano się nie dopuszczać mnie do pracy w brygadzie. W Bieriezniakach byłam instruktorem obozowej szkoły zawodowej, wcześniej sama przechodziłam szkolenie. Pilnowałam, by ludzie, którzy ani razu w życiu przedtem nie siedzieli przy maszynie do szycia i nie umieli szyć, nie zrobili sobie krzywdy. W Niżnim Nowgorodzie pracowałam jako bibliotekarka. To jest dobre zajęcie, powierzono mi je na prośbę obwodowego Zarządu Służby Więziennictwa (FSIN). Zależało im na tym, bym zamilkła więc starali się stworzyć mi komfortowe warunki. Tam były dwie biblioteki, obozowa i szkolna. Pracowałam w szkolnej.
Kto przychodził do twojej biblioteki?

Dorośli bez wykształcenia, szkołę kończyli w obozie. Uczyli się od 5ej do 11ej klasy. Niektórzy nawet korespondencyjnie studiują na wyższych uczelniach. Przychodzono do mnie po wiersze i podręczniki. Czasem proszono mnie, bym coś dla nich wybrała. Dziewczyny, z którymi się kontaktowałam interesowały się Foucault, podarowałam im jego książkę „Nadzorować i karać”, bardzo je zaciekawiła. Miałam swoją własną mini-bibliotekę, dzieliłam się nią. Tam bardzo lubi się wiersze. Podobał się Gieorgij Iwanow, Mandelsztam też. Im się rzeczywiście dużo podobało. Połykały te utwory błyskawicznie. Ale cenzura ! Cenzura w obozie jest nieskończenie tępa.

Na przykład?
Dochodziło do tego na przykład, iż człowieka, który przynosił mi prasę, zmuszano do tego, by nożyczkami wycinał kadry z filmu Larsa von Triera. Widok gołego ciała na ekranie, albo na obrazku u administracji obozu wzbudza, nie wiadomo dlaczego, strach i drżączkę. Domagają się, by podobne rodzaju obrazki natychmiast niszczyć. Przecież to śmieszne. W obozie do łaźni chodzi po 50 osób na raz. I co, one tam chodzą w futrach? To są dorosłe kobiety, widzą się nawzajem codziennie. A tam w obozie, zabrania się nawet, na wszelkiego rodzaju imprezach „kulturalnych” pokazywać z gołymi ramionami. Nawet pod balowe sukienki należy zakładać jakieś idiotyczne golfy.

W Bieriezniakach nie miałam żadnego kontaktu z oddziałem wychowawczym, mnie nie wypuszczano poza „miejscówkę” należącą do naszego baraku. A tu (w obwodzie niżegorodzkim) miałam okazję, by poznać wszystkie tutejsze porządki. Chciałam zorganizować klub filmowy. Straciłam ponad tydzień, by przekonać administrację, by pozwoliła pokazać „Piękność dnia”. Tłumaczyłam, ze kobiety obejrzą film z zainteresowaniem. Usiłowałam sformułować jakieś argumenty, mówiłam o „wychowawczej roli Bunuela”. Boże ! Chciałam pokazać „Melancholię”. Choćby po jednym filmie światowych klasyków. Starałam się wybierać filmy w jakimś stopniu aktualne dla kobiet. Ale w odpowiedzi słyszałam uparte „nie”.
Dużo przeczytałaś książek?

Tak, czytałam, czytałam. Kiedy jeszcze siedziałam w izolatce w Bieriezniakach, miałam możliwość oglądania kina. Ściągnęłam do celi telewizor i video, przedtem przekopałam się przez nasz kodeks. To wszystko jest przewidziane przez prawo. Skazanych przebywających w „bezpiecznym miejscu” obowiązuje regulamin zwykły. Więc jeśli „regulamin zwykły”, to kiedy znajdujesz się w oddziale, w nim  jest telewizor. W kodeksie postępowania karnego jest nawet paragraf zezwalający krewnym na przekazywanie skazanym do obozu radioodbiorników i telewizorów. Do tego udało mi się ściągnąć nawet czajnik. Wszyscy go mają. A mnie co? też był potrzebny. Ogólnie rzecz biorąc, byli gotowi na wszelkie ustępstwa, żebym tylko nie wychodziła z tego „bezpiecznego miejsca”.
Mieli nadzieję, że bezpośrednio stamtąd wyślą mnie w etap. Wsadzili mnie tam i jak mi się zdaje, czekali na papiery z Moskwy. Żeby na tej podstawie przenieść mnie do innego obozu.

Kiedy wyszłam z izolatki, administracja przez „więzienny aktyw” przekazała skazanym, żeby się ze mną nie kontaktowały.
Kiedy złożyłam w sądzie apelację od nałożonych na mnie w obozie kar dyscyplinarnych, nie zawieziono mnie nawet na rozprawę. Podłączono video aparaturę, w ten sposób nawiązano łączność, podłączono także faks. Dostarczono odpowiednie wyposażenie techniczne. Kiedy poprosiłam o warunkowe zwolnienie, także nie zawieziono mnie do sądu, w Bieriezniakach nie pozwalano mi jeździć dokądkolwiek. A ja nie ukrywałam, że jak tylko znajdę się poza granicami obozu, przy pierwszej okazji, opowiem wszystko co o nim myślę. Więc w procesach sądowych uczestniczyłam z obozu, obserwowało mnie 5 video rejestratorów, w obecności wszystkich naczelników, siedzących w tym samym pomieszczeniu, w którym odbywało się to niby posiedzenie sądu. Plus, zarządzono wówczas zaostrzenie regulaminu, bez najmniejszego uzasadnienia. Kłódki na drzwiach prowadzących na plac przed barakiem, każdego ranka zaostrzona kontrola. W tamtej chwili głodówka była jedynym wyjściem. Mój błąd polegał na tym, że nie wyjaśniłam przyczyn głodówki w formie pisemnej. Po prostu poskarżyłam się na kłódki. Ale one były tylko symbolem tego, co wyprawiała administracja. Powiesili je na drzwiach prowadzących do mojego oddziału i do oddziału tej jedynej dziewczyny, która mnie wówczas wspierała. Cały obóz chodził i skarżył się  jakiego ma pecha. 

Jak to się stało, że trafiłaś do pojedynczej celi?
W obozie są tacy ludzie, którzy wypełniają instrukcje administracji, nawet najbardziej obrzydliwe. Jak tylko po przejściu kwarantanny skierowano mnie do oddziału, przeniesiono także do niego skazane o najdłuższych wyrokach, zmuszone przez okoliczności do współpracy z administracją. I to one sprowokowały konflikt. 




Najpierw namawiały mnie do podjęcia głodówki na znak protestu przeciw postępowaniu administracji, ale kiedy odmówiłam, zaczęto im grozić. To było jasne od początku, one były prowokatorkami, ale nie rozumiałam, co powinnam yrobić. Dlatego poszłam do oficera operacyjnego, to on podyktował mi tekst prośby o przeniesienie w „bezpieczne miejsce”, podpisałam ją. I tylko wtedy, kiedy odprowadził mnie do pojedynczej celi, zrozumiałam, o co tu chodziło. Już z rozmowy z naczelnikiem wydziału operacyjnego powinnam była zrozumieć, że to jego robota. Ale wtedy, jeszcze nie orientowałam się w gąszczu oficjalnych i nieoficjalnych zasad i przepisów. Siedziałam po raz pierwszy. „Bezpieczne miejsce”, jak się okazało, znajdowało się na terenie karceru.

Ile dostałaś kar dyscyplinarnych?
 W Bieriezniakach cztery, trzy z nich anulował sąd. W obwodzie niżegorodzkim na początku bano się pisać na mnie raporty, im się zdawało, że będę się z nimi sądzić.
Dlatego w tym obozie robiłam, to co chciałam. Potem zdarzył się konflikt z jedną z kobiet, ona nie odchodziła od telefonu i donosiła na pozostałe. Jak to powinnam powiedzieć w grzecznej formie? Ostrzegłam ją, że jej przyłożę. I do tego wykonałam określone ruchy i gesty. Jakieś osoby postanowiły mnie powstrzymać. W rezultacie dostałam naganę ustną, to najdrobniejsza możliwa do wymierzenia kara dyscyplinarna.
Co to znaczy nie odchodziła od telefonu?

W oddziałowej świetlicy jest podłączony telefon. Każdy funkcjonariusz administracji ma swój numer. W takim wypadku, kiedy skazana chce coś powiedzieć o którejś ze swoich współtowarzyszek, telefonuje do oficera operacyjnego i melduje się: „Ja skazana, taka i taka melduję”.

Przy wszystkich?
Oczywiście przy wszystkich. Tam żyją tak wszyscy.

Po co to robią?
To jest bardzo proste. Mamy tu do czynienia z „jednostką o pozytywnej charakterystyce”, która stara się o warunkowe zwolnienie przed ukończeniem wyroku. Taka jednostka powinna pomagać w pracy administracji obozowej.

Dyscyplinarną karę, pozbawiającą warunkowego zwolnienia można złapać za wszystko. Chustka zsunęła się z głowy. Nawet nie ma takiej potrzeby, by osobiście zauważył to funkcjonariusz. Wystarczy, że inna skazana, odpowiednio poinstruowana napisze stosowne wyjaśnienie: widziałam ją bez chustki. Na podstawie takiego dokumentu sporządzany jest raport, skazana otrzymuje karę dyscyplinarną i w ten sposób staje się „jednostką o negatywnej charakterystyce”.
Odczuwam wstręt, kiedy widzę, jak człowiek rezygnuje z zasad i sprzedaje współtowarzysza, z którym dosłownie wczoraj jadł jeszcze z tego samego talerza. Pierwsze dwa razy to się robi z trudem. Trzeci, już spokojnie. A czwarty z radością.

Z radością?
Tak. Wielu skazanych odczuwa coś w rodzaju euforii, jeśli udaje im się kogoś „zgnoić”. Nazywają to „zgnój”. W obozie przechodzą lekcję, jak to robić. Takie przeszkolenie odbywa się pod hasłem stosowania prawa. W imieniu Federacji Rosyjskiej. Kiedy zaczynasz rozumieć, jak bardzo to jest rozpowszechnione, i jak wielu ludzi to dotyka, ogarnia cię uczucie niesmaku.


Po wyjściu na wolność Maria Aliochina i Nadieżda Tołokonnikowa
spotkały się w Krasnojarsku, by omówić plany na przyszłość. 
I to samo czujesz także wtedy, kiedy kobiety wypowiadają na przykład takie słowa: „I w porządku, widziałam więzienie. To nic szczególnego. Będę się zajmować, tym co przedtem”. Kiedy słyszysz je na przykład od handlujących narkotykami. W obozach karnych uczą konsekwentnie, iż jedyna efektywna metoda zdolna okazać na człowieka wpływ, to knut. Niektóre zaczynają to usprawiedliwiać, racjonalizować, pragną, by go stosowano, inne odczuwają lęk. Nie widzą żadnej alternatywy.
To, jak sama rozumiesz, czyste szaleństwo. A ty jesteś wewnątrz. Nagle przestajesz rozumieć, czy z tobą samą jest wszystko w porządku. Pobyt w obozie karnym wywołuje jeszcze inne konsekwencje – przestajesz rozumieć, prawidłowo oceniać świat rzeczywisty. Strach przed wyjściem na wolność jest bardzo powszechny. To silny lęk.

Widziałaś takich ludzi?
Tak. Obserwujesz wstrząsającą przemianę, kiedy osoba wczoraj jeszcze zajmująca w obozie stanowisko funkcyjne, należąca do aktywu obozowego, pełna wiary w siebie, nagle gaśnie w oczach. I wszystko dlatego, że już za dziesięć dni nadejdzie termin wyjścia na wolność, a tu człowiek nie ma pojęcia jak tam żyć. Więc widzisz jak siedzi i rozmyśla głośno, że nie potrafi żyć na wolności, że potrafi żyć tylko tutaj, że nie ma pojęcia od czego tam zacząć. Czuje, że jest w sytuacji bez wyjścia i powtarza to bez końca.

W obozach kobiecych nie ma w ogóle samoorganizacji. Tak to funkcjonuje, nie jest nikomu potrzebna. Przy mnie w niżegorodzkim obozie karnym IK-2 siedziało siedem dziewczyn. Do końca wyroku zostało im od dwóch miesięcy do dwóch lat. One wierzą, że będą w stanie bronić swoich praw. Coś takiego zdarzyło się tam po raz pierwszy. Było mi przykro, kiedy je zostawiałam, nawet nie pożegnałyśmy się. Będę z nimi utrzymywać kontakt. Jak mi się zdaje, na wolności będę mogła zrobić dla nich więcej.

Najbliższe kontakty w tym obozie utrzymywałam z Olgą Szaliną. To aktywistka „Innej Rosji”, jest stalinistką, kłóciłyśmy się na cały obóz. Zwróciłam uwagę, iż ona w zonie zachowywała się bardzo aktywnie. Jeśli Olga organizowała jakąś imprezę, rozrywkę, to potrafiła dla swojego oddziału zrobić bardzo dużo, ceniono ją także w administracji obozowej. Jednocześnie nigdy nie szkodziła innym skazanym, to spotyka się bardzo rzadko. Kiedy mnie tu przeniesiono, ją odesłano do karceru.
Dlatego, że obie byłyście „polityczne”?

No tak, jak mi się zdaje administracja starała się, byśmy się nie stykały. Rzecz jasna Oldze to się nie spodobało. I postanowiła zaskarżyć ten karcer. W sądzie. Obserwowałam tę rozprawę. Dwa tygodnie po jej zakończeniu, w ramach oddzielnej procedury, zachowując tajemnicę, zmuszono ją do spakowania rzeczy i posadzono do awtozaka. Doszły do nas pogłoski, że przeniesiono ją do obwodu kemerowskiego.
To jeszcze jeden przykład ilustrujący, jak system naszej Służby Więziennictwa (FSIN) traktuje ludzi, nawet tych, którzy jakby się zdawało cieszą się niezłą reputacją administracji obozowej. Skazana nie jest człowiekiem, a workiem z rzeczami, który można przerzucić z obozu do obozu, z obozu do więzienia śledczego, zawsze skontrolować, coś skonfiskować, a jeśli się komuś zechce to i wypuścić na wolność.

Ale pozostali skazani nie są ślepi, wszystko widzą. Wyciągają wnioski. I w końcu zaczynają działać. Trzeba im pomóc. Zwłaszcza tym, którzy nie znają wszystkich mechanizmów.
A skąd ty znasz mechanizmy?

Świetną szkołą był dla mnie pobyt w „bezpiecznym miejscu”, w Bieriezniakach, na początku mojego wyroku.
Tam obserwowała mnie kamera video. Funkcjonariusze regularnie przeglądali zapis z niej i zwracali uwagę na moje zachowania. Ja, na przykład, włączałam telewizor o piętnaście minut później, niż to przewidziane w regulaminie, oni w odpowiedzi próbowali pisać raport. W takich momentach uczysz się cierpliwości, uczysz się odpowiadać w taki sposób, żeby dla wszystkich było jasne, iż to ty masz rację, a nie oni. Studiujesz nasze prawo.

Kiedy wywieziono Olgę, zebrałam materiały i napisałam artykuł opublikowany przez moskiewski magazyn „The New Times”. Do obozu zaczęły przyjeżdżać kontrole. Kobiety zauważyły, że ktoś zwrócił na obóz uwagę. Powoli zaczęłam odnajdować osoby, oceniające tak samo, to co się w nim działo. Zaczęłyśmy się spotykać regularnie, choć czułyśmy też nacisk ze strony administracji. Kontaktowałyśmy się, spotykałyśmy na papierosa. Na wszystkie posypały się raporty, ale one zaczęły rozmawiać z działaczami ruchu praw człowieka. Potem inne kobiety, zobaczyły, że tych pierwszych nie rozstrzelano, więc i one się dołączyły. W rezultacie Komitet Przeciwko Torturom zapisał ponad 30 zeznań. Dotyczyły one wszelkiego rodzaju naruszeń praw przysługujących skazanym, a także kradzieży wynagrodzeń i stażu. W Komitecie obiecano, że te zeznania zostaną opracowane w najbliższej przyszłości i opublikowane. Rozmawiałam z nimi o tym już po wyjściu na wolność, to trzeba doprowadzić do końca.
Co to takiego kradzież stażu?

Zaraz wytłumaczę. Mam ze sobą rozliczenia. Przed wyjściem na wolność nie przechodziłam rewizji osobistej (wyciąga kilka cienkich karteczek).
To jedyne potwierdzenie tego, że skazana w obozie pracuje. Pasek rozliczeniowy. Wydawany jest za każdy miesiąc. Wszystkie szwaczki w obozie pracują po sześć dni w tygodniu, czyli 24 dni w miesiącu. Ale oficjalnie skazanym zalicza się siedem przepracowanych dni, albo dwa.

Dlaczego?
Także zastanawiałam się nad tym. Te dane wysyłane są do Funduszu Emerytalnego, w Urzędu Skarbowego. Obóz nie wysyła rzeczywistych danych i dzięki temu wielokrotnie udaje mu się zmniejszyć wysokość obowiązkowych wypłat socjalnych i emerytalnych.



Dziewczyny z Pussy Riot po wyjściu na wolność na pierwszej
konferencji prasowej w Moskwie. 
Popatrz. Wynagrodzenie skazanej za listopad 2012 roku – 195 rubli (20 złotych). Za tę sumę skazana ma sobie kupić produkty na Nowy Rok. A ona, tak jak wszystkie pracowała sześć dni w tygodniu.
Teraz obejrzyj mój pasek. Zobaczysz jak bardzo się różni. Wynagrodzenie 5000 rubli (500 złotych), znajdziesz w nim także podpunkt o rozmiarach minimalnego wynagrodzenia za pracę. On powinien znajdować się na każdym pasku.

W ogóle nie odczuwałaś strachu?
Strachu? Tak, bałam się. Zupełnie niedawno. Napisałam o jednej z kobiet. Chorowała na marskość wątroby. Właśnie w ostatni czwartek wysłano ją etapem do szpitalu przy areszcie śledczym. Przypadkowo znalazłam się w okolicy bramy. Te żelazne wrota nazywane są śluzą. Wsadzali ją do awtozaka. Wyciągnęłam do niej rękę, żeby się pożegnać. Miała siną bezwładną dłoń, jakby zrobioną z waty, bez kości. I ta dziewczyna, z okropnie spuchnięta twarzą, żółtymi oczami, ciężko było na nią patrzeć. Wydawałoby się ciężko chory człowiek,  wszyscy to widzą, wszyscy wiedzą, tylko niczego nie da się zrobić. Dlaczego nie można śmiertelnie choremu człowiekowi pozwolić umrzeć na wolności?

Upłynęły dwa lata. Jak je teraz oceniasz?
To był nieprawdopodobnie cenny czas. To może brzmi paradoksalnie, ale obozowe doświadczenie pomogło mi odnaleźć wolność wewnętrzną. Pobyt za kratami dyscyplinuje. I wyzwala. Rzeczywiście tworzy pewnego rodzaju ramy, między którymi trzeba wybierać. Wyobraźmy sobie, że na ciebie krzyczą. Albo zmuszają do zrobienia czegoś, czego nie chcesz. I że to powtarza się po kilka razy dziennie. Masz wtedy wybór. Możesz zrobić, lub powiedzieć „nie”. Jeśli konsekwentnie mówisz „nie”, odnajdujesz w sobie cechy, których wcześniej nie dostrzegałaś, nie uważałaś za ważne. To mam na myśli, kiedy mówię o odnajdywaniu wolności wewnętrznej. Wtedy pojawia się przekonanie, że możesz stawić temu systemowi opór. Tak to działa. I pewnie nie ma w tym niczego strasznego.

Oryginał wywiadu można znaleźć: http://www.novayagazeta.ru/society/61604.html