Poznań: Proces anarchistki pod silną obstawą policji
Informacje - Krajowe
wtorek, 15 lipca 2014 10:07
Anarchistka, która protestowała przeciwko bezprawnemu użyciu przez policję paralizatora, stanęła przed sądem. Rewizje wchodzących, mobilizacja funkcjonariuszy - tak policja chroniła gmach sądu.

Poznański sąd zamieniono wczoraj w twierdzę. Wykrywaczem metali sprawdzano każdą wchodzącą osobę, przeszukiwano torby i plecaki. Taką samą kontrolę policjanci powtarzali przed salą nr 1

Rozprawa była lepiej strzeżona niż procesy gangów narkotykowych. Mimo że jedynym obserwatorem procesu był reporter "Wyborczej", sali rozpraw pilnowało trzech policjantów, a przed wejściem stało kilku innych.
Proces dotyczy wydarzeń z grudnia 2013 r. Anarchiści protestowali wtedy przed jednym z komisariatów w Poznaniu. Policja nie wpuściła ich do środka, doszło do przepychanek.

Dzień wcześniej na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu ks. prof. Paweł Bortkiewicz opowiadał, że gender to nie nauka, lecz ideologia. Anarchiści zakłócili wykład: komentowali, klaskali, tańczyli. Interweniowali obecni na widowni policjanci w cywilu. Jeden z nich, co widać było na nagraniach z telefonów komórkowych, raził anarchistę prądem.

Użył prywatnego sprzętu, bo policjanci nie mieli służbowych paralizatorów. Zwierzchnicy ukarali policjanta jedynie naganą. Śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień nadal prowadzi prokuratura.

Policja zarzuciła anarchistce, że przewodziła nielegalnemu zgromadzeniu przed komisariatem. Zebrani protestowali wtedy przeciwko bezprawnemu użyciu paralizatora.

Wczoraj przed sądem Czarnota odmówiła składania wyjaśnień. Wcześniej mówiła nam, że niczemu nie przewodziła, lecz jedynie zabrała głos przez megafon, co robili też inni zebrani. Przed komisariatem jej nie legitymowano. Jest znana, bo działa w Wielkopolskim Stowarzyszeniu Lokatorów.

Wczoraj przesłuchano dwóch policjantów. Pierwszy nie zapamiętał, by podejrzana przewodziła zgromadzeniu. Twierdzi, że widział jedynie napierający tłum, ale jednocześnie miał zapamiętać, że przez megafon przemawiała ubrana na czerwono młoda kobieta z czarnymi włosami. Drugim świadkiem był policyjny tajniak, który stał przed komisariatem obok anarchistów. Ale zapamiętał tylko, że przez megafon przemawiała "jakaś kobieta".

Wcześniej sąd uniewinnił oskarżaną anarchistkę w podobnej sprawie, gdy demonstrowała w obronie eksmitowanej niepełnosprawnej kobiety. Uznał, że samo przemawianie nie oznacza przewodzenia zgromadzeniu, bo trzeba jeszcze kierować zebranymi ludźmi, zachęcać ich do konkretnych zachowań. Czy tak było przed komisariatem? Przesłuchiwani policjanci niczego takiego nie zapamiętali.

Wątpliwości budzi też sama "nielegalność" demonstracji. Prawo nakazuje zgłoszenie zgromadzenia co najmniej trzy dni wcześniej. Tyle że nikt nie mógł przewidzieć z takim wyprzedzeniem, iż policja użyje paralizatora.

W polskim prawie nie ma instytucji zgromadzenia spontanicznego. Trybunał Konstytucyjny uznał jednak, że automatyczne karanie za każde niezgłoszone w terminie zgromadzenie ograniczałoby wolność pokojowych zgromadzeń. Dlatego, jeśli zgromadzenie jest pokojowe, a nie było możliwości zgłoszenia go w terminie, zdaniem Trybunału należy uznać je za legalne.

Po demonstracji przed komisariatem policja doniosła też na anarchistów do prokuratury. Bo jeden z nich miał krzyknąć: "Zabij policjanta, zanim on zabije ciebie", co policja uznała za nawoływanie do zabójstwa. Śledztwo w tej sprawie trwa.

Kolejna rozprawa w sierpniu. Anarchistce grozi do 14 dni aresztu.

źródło: http://wyborcza.pl/1,75478,16323914,Oto_wrog_publiczny.html