Poznań: Policyjna panika przed procesem anarchistki
Informacje - Krajowe
piątek, 29 sierpnia 2014 20:01
Bramki do wykrywania metali i kilkunastu policjantów - tak znów wyglądał sąd na procesie znanej poznańskiej anarchistki, Katarzyny Czarnoty. Gdzie mogłaby wnieść coś niebezpiecznego? Na wszelki wypadek przeszukano jej ... głowę! 
Razem z innymi anarchistami protestowała w grudniu 2013 r. przed jednym z komisariatów przeciwko brutalności poznańskiej policji.

Powodem była akcja na Uniwersytecie Ekonomicznym. Anarchiści zakłócili wykład ks. Pawła Bortkiewicza o zagrożeniu jakie niesie "ideologia gender". Komentowali, klaskali, tańczyli. W odpowiedzi policjant w cywilu raził jednego z anarchistów prądem. Potem wyszło na jaw, że był to prywatny paralizator.
Policja zarzuciła anarchistce, że przewodziła nielegalnemu zgromadzeniu przed komisariatem. Już na pierwszej rozprawie w połowie lipca policja zastosowała specjalne środki bezpieczeństwa: sprawdzanie wchodzących wykrywaczem metali, przeszukiwanie toreb i plecaków. 
Na drugiej rozprawie było podobnie, a właściwie jeszcze ciekawiej. Wchodzących przeszukiwano dwa razy, legitymowano (i sprawdzano czy dana osoba nie jest poszukiwana), a "oskarżonej" nie tylko kazano zdjąć szalik i podnieść długie dready, ale też drobiazgowo je "przeszukano". 
- Jaki to ma cel? Represje. Takimi akcjami policja próbuje nas zniechęcić do zabierania głosu w ważnych sprawach - komentował Jarosław Urbański z Federacji Anarchistycznej.

Na rozprawie przesłuchano czterech policjantów, którzy obserwowali proces anarchistów przed komisariatem. Sąd chciał się dowiedzieć, czy Czarnota rzeczywiście przewodziła pikiecie, a jeśli tak, to na czym to polegało.

- Mówiła przez megafon, ale nie pamiętam, co konkretnie. Głos zabierały jeszcze inne osoby - zeznawał jeden z policjantów.

Podczas pikiety anarchiści próbowali wejść do komisariatu, ale policja nie pozwoliła. Doszło do przepychanek.

Adwokatka Czarnoty pytała, czy ktoś kazał anarchistom wtargnąć do komisariatu. - To było spontaniczne - przyznał policjant.

Drugi policjant stwierdził, że zna Czarnotę ze zdjęć publikowanych w gazetach, ale nie pamięta, czy była przed komisariatem.

Zeznawał też dowódca policyjnej akcji. Zapamiętał, że przemawiały trzy osoby, w tym Czarnota. Co mówiła? Nie pamiętam. - Przypuszczam, że pod koniec zgromadzenia kazała ludziom się rozejść. Ale tylko przypuszczam, bo tego nie słyszałem - stwierdził.

Policja filmowała pikietę przed komisariatem. Sąd odtworzył wczoraj nagranie. Okazało się, że jest urwane, pokazuje tylko początek protestu. Przez megafon przemawia kilka osób. Dopiero jako czwarta głos zabiera Czarnota. Zarzuca policjantom, że gdy "czyściciele" kamienic nękali lokatorów, nie śpieszyli im z pomocą, a gorliwi są tylko wobec słabszych. Tłum odpowiada okrzykiem: "Wstydźcie się!". Potem głos zabiera kolejna osoba.

Nie wiadomo, na jakiej podstawie postawiono zatem Czarnocie zarzuty, skoro żaden z policjantów nie potwierdził, by przewodniczyła zgromadzeniu, a nagranie również tego nie wyjaśnia. Mimo to policja podtrzymała wczoraj wniosek  o ukaranie - zażądała 500 zł grzywny.

Adwokatka anarchistki wniosła o uniewinnienie. - To był spontaniczny protest, nad którym nikt nie panował, a tym bardziej moja klientka. Przewodniczenie oznacza tymczasem panowanie nad przebiegiem zdarzenia, wydawanie konkretnych poleceń, wpływanie na zachowanie uczestników. W tym wypadku tak nie było. Ludzie sami przyszli pod komisariat, a potem się rozeszli - przekonywała.

Sąd ogłosi wyrok w środę.