Wspomnienia z celi śmierci
Publicystyka - Zagraniczna
wtorek, 12 stycznia 2010 22:11

Idąc na krzesło elektryczne, żaden ze skazańców nie jest już tym samym człowiekiem, który popełnił zbrodnię

Tak twierdzi Juan Meléndez, były więzień, który przez blisko osiemnaście lat czekał na wykonanie wyroku. – Cały świat musi uświadomić sobie, że kara śmierci jest rasistowska, a przy tym kosztowna. Nie powstrzymuje nikogo przed popełnieniem przestępstwa, a może prowadzić do stracenia niewinnych osób.


Juan Meléndez trafił do celi śmierci, gdy miał 33 lata, wyszedł w wieku 51 lat. Ten czas spędzony w oczekiwaniu na egzekucję całkowicie go odmienił. Przedtem nigdy nie zastanawiał się nad bezsensownością kary śmierci, dziś walczy o jej zniesienie.

Odwiedził Barcelonę, gdzie wziął udział w wielkiej międzynarodowej akcji (w której uczestniczyło ponad tysiąc miast na całym świecie), zmierzającej do tego, by wstrzymać wykonywanie egzekucji. Wciąż we śnie słyszy dźwięk ładującego się krzesła elektrycznego i czuje się nieswojo zamknięty w czterech ścianach: podczas naszej rozmowy poci się, prosi o wodę, kilka razy każe mi zamilknąć.

La Vanguardia: Spędził pan w celi śmierci siedemnaście lat, osiem miesięcy i jeden dzień...

Juan Meléndez: Za zbrodnię, której nie popełniłem. Zostałem uniewinniony i wypuszczony na wolność w styczniu 2002 roku. Wręczono mi 100 dolarów, koszulę i spodnie. Nikt mnie nawet nie przeprosił.

To niewiele.

Przez cały ten czas przebywałem w celi o wymiarach dwa na trzy metry; była ciemna, wilgotna, przychodziły tam szczury i karaluchy... Kiedy mnie stamtąd wyprowadzali, zakładali mi na ręce kajdanki, a nogi skuwali łańcuchem przyczepionym do pasa. Wychodziłem na spacerniak w poniedziałki i w środy, na dwie godziny, pod warunkiem, że nie padało, a według strażników zawsze zanosiło się na deszcz.

Dlaczego nie został pan stracony?

Za każdym razem, gdy już miała zapaść decyzja o mojej egzekucji, adwokat składał apelację. W ten sposób zyskiwałem trochę czasu. Zostałem skazany za napad z bronią w ręku, bez żadnych dowodów, wyłącznie na podstawie zeznań dwóch świadków. Policyjny konfident doniósł, że w rozmowie z nim przyznałem się do popełnienia przestępstwa; oskarżył również mojego przyjaciela, który zeznawał piętnaście razy i w końcu przyznał się do współudziału w zbrodni.

Dlaczego to zrobił?

Grozili mu, że poślą go na krzesło elektryczne, więc chociaż nie miał nic wspólnego z tą sprawą, powiedział im wszystko, co chcieli usłyszeć: że zawiózł mnie na miejsce zbrodni i odebrał mnie stamtąd półtorej godziny później. Zawarł umowę z prokuratorem i skazali go tylko na dwa lata, przymykając oko na jego dawniejsze występki.

Dlaczego policjanci tak bardzo chcieli pana skazać?

Wyznaczono 5 tys. dolarów nagrody za ujęcie sprawcy. Ofiara była rasy białej, a ja byłem Latynosem. To była potworna zbrodnia: mężczyznę znaleziono z poderżniętym gardłem i trzema ranami postrzałowymi. Potrzebowali kogoś, kto by za to zapłacił – tak działa ten system.

W takim razie ten system jest szalony…

Znienawidziłem prokuratora, przysięgłych, sędziego i adwokata, czułem się zdradzony.

Nie miał pan alibi?

Owszem, potwierdziły je aż cztery osoby, ale to byli czarni. Kiedy czarnoskóry obywatel jest świadkiem oskarżenia, jest dla sądu wiarygodny: golą go i ubierają w garnitur. Natomiast kiedy zeznaje jako świadek obrony, okazuje się, że jego słowa można łatwo podważyć.

Co uratowało panu życie?

Znaleziono nagranie, w którym winny przyznał się do popełnienia zbrodni. Wówczas zapadła decyzja, by przeprowadzić dokładniejsze śledztwo. Wyszło na jaw, że prokurator dysponował szesnastoma dokumentami potwierdzającymi to zeznanie, znaleziono też dowody rzeczowe. Sędzia napisała orzeczenie na 72 strony, w którym skrytykowała prokuratora za to, w jaki sposób prowadził sprawę, policję za to, w jaki sposób przeprowadziła śledztwo, a nawet mojego adwokata.

Odbył się nowy proces?

Tak, zostałem uznany za niewinnego, a sprawę umorzono. Prawdziwy sprawca, będący również konfidentem, został zamordowany przez policjanta. Na szczęście był to gaduła i wcześniej opowiedział o zbrodni swojej żonie, siostrze, a nawet policji.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądało pańskie życie przez te wszystkie lata.

Wiele razy chciałem odebrać sobie życie. Dajesz więźniowi, który przynosi ci jedzenie parę groszy, a on w zamian dostarcza ci plastikową torbę, z której można zrobić sznur.

I tak właśnie pan zrobił?

Wszystko przygotowałem, ale postanowiłem zdrzemnąć się na chwilę przed samobójstwem. Wtedy przyśniło mi się, że znów jestem małym, szczęśliwym dzieckiem.

Co sprawiło, że poczuł się pan szczęśliwy?

Proszę pozwolić mi skończyć. Dorastałem na wyspie Portoryko... Wystarczyło pięć minut drogi pieszo na południe od naszego domu i dochodziło się do najpiękniejszej na świecie plaży. Tamtego dnia przyśniło mi się, że pływałem w morzu, woda była ciepła, niebo błękitne. Wokół mnie bawiły się cztery delfiny, a na brzegu stała kobieta i machała do mnie radośnie: to była moja ukochana mama.

I właśnie wtedy się obudziłem. Prycza pachniała morzem, skorupiakami. „Nie chcę umierać!” – zawołałem i wyrzuciłem przygotowany wcześniej sznur do toalety. Za każdym razem, kiedy zaczynałem myśleć o samobójstwie, Bóg zsyłał mi sen, który odbierałem jako znak. To było tak, jakby mówił: „Wiem, że ty tego nie zrobiłeś, ale ja panuję nad czasem. Wyjdziesz stąd, kiedy ja o tym zdecyduję. Musisz mi zaufać”.

Zajęło mu to całe lata...

Potrzeba było siedemnastu lat, ośmiu miesięcy i jednego dnia, aby dokonać tak głębokiej przemiany w człowieku.

Na czym polegała ta przemiana?

Teraz myślę jedynie o dobrych rzeczach i chcę spełniać tylko dobre uczynki. Dawniej nie przywiązywałem wagi do mojego życia, nie doceniałem prostych rzeczy. Ale kiedy wyszedłem z więzienia i pytano mnie, co chciałbym zobaczyć, odpowiadałem: chcę zobaczyć księżyc, gwiazdy, chcę chodzić boso po ziemi, przytulić dziecko i pobawić się z nim. Na tym właśnie polegała zmiana.

Był pan świadkiem egzekucji wielu osób?

Kiedy trafiłem do celi śmierci, właśnie stracono dziesiątego skazańca, a kiedy wychodziłem, liczba straconych wynosiła już 51. Dziś w samym tylko stanie Floryda wynosi ona 67. Oczywiście znałem ich. To właśnie skazani na śmierć, ci, których prokuratorzy nazywali potworami, nauczyli mnie czytać, pisać, mówić po angielsku. Nauczyli mnie także, jak wyzbyć się nienawiści i chęci zemsty.

Jakimi ludźmi są lub byli ci skazańcy?

Niektórzy z nich byli winni, inni nie. Jest jednak coś, o czym wszyscy ludzie powinni wiedzieć: kiedy wykonuje się egzekucję, człowiek, który ginie, nie jest tym samym, który popełnił zbrodnię. Do tego czasu całkowicie się zmienia.

Proszę mi opowiedzieć o najsmutniejszym dniu w pańskim życiu?

Między skazańcami zwierzaliśmy się sobie z naszych najbardziej intymnych uczuć. Bardzo przywiązałem się do jednego z moich współtowarzyszy. Pewnego dnia przyszli po niego. Słyszałem, jak ładuje się krzesło elektryczne, mmmm-mmm, 2 tys. woltów. Wciąż jeszcze słyszę ten dźwięk. Widać nawet w którym momencie ze skazańca ulatuje dusza, bo wtedy światło przez krótką chwilę mruga…

Dzień, w którym wyszedłem na wolność był najszczęśliwszym w moim życiu, ale także najsmutniejszym, ponieważ wiedziałem, że ci wszyscy ludzie, którzy mnie wspierali, zostaną straceni. O nich właśnie walczę.

Źródło: onet.pl