Ułaskawieni: Igor Oliniewicz i Mikałaj Statkiewicz
Informacje - Zagraniczne
wtorek, 02 lutego 2016 12:23

W Dużym Formacie ukazał się oczekiwany już od dawna artykuł o dwóch białoruskich więźniach politycznych, którzy latem, wraz z innymi "ułaskawionymi", wyszli na tzw. wolność. Wśród nich znajduje się Igor Oliniewicz - anarchista, który opisał swoje wspomnienia z pobytu w areszcie KGB.

Jego książka, wraz z rysunkami autora, została przetłumaczona na kilka języków - w ubiegłym roku ukazała się również nakładem anarchistycznej Oficyny Trojka. Igor był zresztą gościem na urodzinach skłotu Rozbrat, odwiedził też Katowice i Warszawę - zjawił się u nas niedługo po wyjściu z więzienia. O tym wyborcza już nie wspomina, możecie jednak przeczytać w tym niewielkim artykule skrót tego, co się wtedy wydarzyło. Zapraszamy do lektury książki Igora "Jadę do Magadanu" - warto, to mocna rzecz.

Przyszedł klawisz i kazał mi się zbierać. To było 22 sierpnia - święto systemu penitencjarnego na Białorusi.

Na Białorusi nie ma już więźniów politycznych. Mikałaj Statkiewicz i Igor Oliniewicz wyszli na wolność 22 sierpnia - trzy miesiące przed tegorocznymi wyborami prezydenckimi. Oprócz nich Łukaszenka ułaskawił też czterech innych. Powiedział mediom, że "kierował się względami humanitarnymi".
Mikałaj ma 59 lat. W 2010 roku kandydował na prezydenta i brał udział w protestach przeciw sfałszowanym wyborom. Zamknęli go w grudniu. Odsiedział cztery i pół roku z zasądzonych sześciu (w tym 1,5 roku w kolonii karnej i trzy lata w więzieniu zamkniętym).

Igor ma 32 lata. Nie uznaje żadnej władzy, jest anarchistą. W listopadzie 2010 roku trafił do więzienia. Zarzucili mu, że obrzucił ambasadę rosyjską w Mińsku koktajlami Mołotowa na znak solidarności z represjonowanymi ekologami rosyjskimi, którzy bronili lasu w podmoskiewskich Chimkach. Nie przyznał się do winy. Odsiedział pięć lat z ośmiu (w kolonii karnej).

Obaj o więzieniu rozmawiają już swobodnie.

2010. Zatrzymanie. Mikałaj

- Byłem jednym z siedmiu kandydatów opozycji. Bałem się. Wiedziałem, że tego dnia będą mnie śledzić. Ukrywałem się do momentu liczenia głosów, żeby wieczorem 19 grudnia 2010 roku wyjść na plac Październikowy. Obiecałem ludziom, że tam będę. Ale wcześniej musiałem załatwić te mikrofony. Wtedy mnie dorwali.

Dogadałem się z innym opozycjonistą, Uładzimirem Niaklajewem, że nasze sztaby wyborcze będą ze sobą współpracować. Ja nie miałem budżetu, sam wszystkim kierowałem, a on miał finansowanie, sprzęt i moje zaufanie. A bez jego sprzętu: głośników i mikrofonu, nie było po co wychodzić na plac. Nikt by nas nie usłyszał.

Ludzie Niaklajewa zabrali mnie samochodem z kryjówki. Mieliśmy zapakować sprzęt do mikrobusa i razem pojechać na plac. Gdy zajechaliśmy pod biuro, ludzie z KGB i z OMON-u już tam byli. Wysiedliśmy z samochodu, a tamci wyciągnęli pałki. Bili nas z góry, po głowach. Miałem na sobie kożuch i dwa swetry, trochę mnie to ochroniło, ale wkrótce i ręce nie wytrzymały.

Po śniegu podpełzł do mnie jeden w czarnym kasku. Miał na sobie rękawice bojowe. Walił mnie w kolana. Straciłem równowagę. Gdy odzyskałem przytomność, zobaczyłem, że Niaklajew leży pięć metrów dalej. Nad nim żona, ludzie. Jego zabrała karetka, a mikrofony zabrał OMON.

Spróbowałem się podnieść. Czułem ból w rękach i jednej nodze. Zostało mi jeszcze pół godziny do początku protestu. Razem z chłopcami z mojej partii poszliśmy na plac przez zaspy. Zebrało się już klika tysięcy ludzi, trzymali biało-czerwono-białe flagi. Podeszliśmy do trybuny koło pomnika Lenina. Przemawiał kandydat Andrej Sannikau - tylko on miał mikrofon. Poprosiłem jego wolontariuszy o głos. Chciałem powiedzieć ludziom, że trzeba się stąd ruszyć, że zaraz tu będą, że lepiej przejść na plac Niezależności. Ale wolontariusze powiedzieli, że jeśli chcę, to muszę wdrapać się na trybunę, bo mikrofon jest podpięty kablem. A ja z tą nogą nie dałem rady.

Chwilę później się zaczęło. Ktoś wybił szyby w gmachu rządu. OMON-owcy w czarnych kaskach z metalowymi tarczami zaczęli nacierać na tłum. Wtedy chłopcy wzięli mnie pod pachy i odprowadzili do taksówki. Ujechaliśmy ze 20 metrów i nas zatrzymali. Wybili szyby, wyciągnęli kierowcę, potem mojego zastępcę. Któryś z tamtych usiadł za kierownicą.

2010. Zatrzymanie. Igor

- Jedna z grup anarchistycznych przyznała się do akcji pod rosyjską ambasadą, ale milicja wciąż nie miała nazwisk. Zaczęli aresztować wszystkich anarchistów. Przesłuchiwali dziesiątki osób. Ja z moim kolegą Dimą postanowiliśmy przeczekać tę burzę w Moskwie. Miesiąc mieszkaliśmy u naszych przyjaciół. Normalnie chodziliśmy po ulicach, dzwoniliśmy do rodzin, pisaliśmy z przyjaciółmi na Facebooku. Nie braliśmy tego wszystkiego poważnie.

28 listopada z Mińska przyjechał nasz towarzysz Bura. Ktoś wcześniej nam doniósł, żeby na niego uważać, bo jest zwerbowany. Nie wierzyliśmy. Wyszliśmy mu z Dimą na spotkanie. Zanim dotarliśmy na miejsce, pojawiło się FSB. Dima zdążył uciec.

Złapali mnie we czterech: po dwóch za jedną rękę. Podjechała suka, wepchnęli mnie do środka, zakuli w kajdanki, a na głowę naciągnęli czarną czapkę. Zabrali mi telefon i portfel. Nie odezwali się ani słowem. Przez czapkę dojrzałem, że piszą do siebie wiadomości na komórce.

W pewnym momencie wcisnęli mnie między siedzenia. Zwolnili, usłyszałem głosy. Pomyślałem, że to musi być straż graniczna. Kilkanaście minut później wyciągnęli mnie na zewnątrz i przekazali innym oficerom. Ci z FSB powiedzieli, że ostatni raz coś takiego robią i żeby koledzy z białoruskiego KGB więcej ich o takie usługi nie prosili. Zrozumiałem, że mnie porwali, bo ekstradycja trwa za długo. Znów byłem na Białorusi.

Kagebiści zapakowali mnie do swojego samochodu i od razu wcisnęli mi głowę w fotel. Mówili, że jeśli nie będę gadał, to wywiozą mnie do lasu, a tam spotka mnie coś złego. Nie myślałem o niczym, liczyłem sekundy, żeby móc się kontrolować.

2010. "Amerykanka". Mikałaj

- Odwieźli mnie do aresztu KGB. Odmówiłem zeznań i ogłosiłem głodówkę. Wytrzymałem 24 dni. To był najgorszy okres. Nie dlatego, że chciało mi się jeść. Cały czas szła mi ślina. Musiałem wciąż przełykać, nie mogłem się jej pozbyć. Nie spałem. Kręciło mi się w głowie. Już tylko leżałem. Myślałem, że jestem w grobie.

Próbowali mnie złamać. Przychodzili kryminalni. Tacy wielcy, z tatuażami na bicepsach. 24. dnia założyli mi worek na głowę i wsadzili do suki. Powiedzieli, że wiozą mnie do lasu. Gdy zdjęli mi worek z głowy, zobaczyłem, że leżę na łóżku szpitalnym. Przykuli mnie. Na krawędzi pościeli zobaczyłem pieczątkę - szpital KGB.

Podpięli mi kroplówkę i powiedzieli: "Już nam nie umrzesz". Wtedy się poddałem. Zacząłem jeść. Lekarze byli bardzo profesjonalni. Dbali o mnie.

2010. "Amerykanka". Igor

- Zamknęli mnie w jednoosobowej celi: prycza z żelaznych prętów, stolik, okno z widokiem na ceglaną ścianę. Po kilku dniach zaczęli mnie przesłuchiwać. Całą dobę bez przerwy siedziałem na krześle w kajdankach. Na głowie miałem tę samą czarną czapkę. Przesłuchujący się zmieniali. Grozili, że dadzą mnie do celi ze skinheadami, a oni zrobią ze mną porządek. Mówili, że wszyscy mnie sprzedali. Chciałem już im powiedzieć to, czego oczekują, byleby dali pospać. Ale wytrzymałem. Na koniec powiedzieli, że jestem winny akcji przy ambasadzie i że jestem w areszcie śledczym KGB. Byłem tam sześć miesięcy, aż do wyroku.

Nie wiedziałem nawet, że istnieje specjalny areszt KGB. Mówili na niego "Amerykanka", bo zbudowali go na wzór więzienia w Chicago. Po wyborach, jak przyszli do nas "grudniowcy", "Amerykankę" przechrzciliśmy na "Guantanamkę".

O wynikach wyborów prezydenckich 19 grudnia 2010 roku dowiedziałem się, kiedy do celi dali mi szefa sztabu wyborczego Statkiewicza i dwóch innych kandydatów na prezydenta. Na korytarzu zobaczyłem dziesiątki prycz. Ktoś powiedział, że zatrzymali ponad 700 osób. Od tego momentu było dużo ostrzej. W celi narysowali nam czerwoną linię. Gdy otwierały się drzwi, mieliśmy za nią wyskakiwać i recytować swoje numery i nazwiska. Pojawili się też ochroniarze w czarnych maskach. Ktoś mówił, że są ze specnazu Alfa - najbardziej elitarnej jednostki. To oni wprowadzili przeszukania.

Zaczynali o szóstej rano. Wyganiali z cel, popędzali pałami i okrzykami: "Głowa w dół!", "Szybciej!", "Biegiem!". I tak co dwie godziny. Od 13.00 do 15.00 pora obiadowa. Kilka godzin przerwy. Od 15.00 przeszukanie. Pędzono nas do hali sportowej, tam się rozbieraliśmy i kucaliśmy. Po przeszukaniu stawiali nas w rozkroku przy ścianie, ręce do góry, oparte o ścianę z dłońmi wygiętymi do tyłu. Tak robią więźniom skazanym na dożywocie.

2011. Wyrok. Mikałaj

- W akcie oskarżenia nie napisali żadnych konkretów. Żaden z moich kolegów, których złapali 19 grudnia, nie zeznawał przeciwko mnie. Dostałem sześć lat za "organizację masowych zamieszek". Trafiłem do kolonii karnej w Szkłowie - rodzinnym mieście Łukaszenki.

2011. Wyrok. Igor

- Sąd na podstawie zeznań moich kolegów uznał, że jestem winny. Nie mieli innych dowodów. Dostałem osiem lat w kolonii karnej pod Nowopołockiem.

2011. Kolonia. Igor

- Było depresyjnie, smutno, trochę jak w wojsku. Żyliśmy w starych radzieckich barakach - po 85 ludzi w jednym. Spaliśmy na dwupiętrowych pryczach. Czytaliśmy książki, oglądaliśmy telewizję. Mogliśmy ćwiczyć. Tylko do stołówki i do pracy trzeba było stawić się o czasie.

Przez pierwszy rok obrońcy praw człowieka nie uznawali nas, anarchistów, za politycznych. Dlatego administracja więzienia nie zwracała na mnie uwagi. Potem, gdy nas już uznali, naciski się nasiliły. Zakazali mi pracować przy obróbce drewna, uznali, że jestem zbyt niebezpieczny, żeby wychodzić do strefy przemysłowej. Nie pracowałem przez 1,5 roku.

2011. Kolonia. Mikałaj

- Skierowali mnie do najcięższych robót. Sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin dziennie dźwigałem kloce drewna i ładowałem je na wagony. Przy sobie można było mieć niewiele: mydło, ręcznik, pastę do zębów, szczoteczkę, maszynkę do golenia, bieliznę, adidasy, strój sportowy i pięć książek. Wszystko trzymaliśmy w torbach. Jeśli coś wyjmujesz, musisz to wykreślić, jeśli wkładasz - musisz zapisać. To idiotyczne, ten spis nigdy nie odpowiadał rzeczywistości. Wciąż wyciągaliśmy coś na chwilę.

Powiedzieli mi, że nie zapisałem chustki do nosa i naruszyłem regulamin. Trafiłem do karceru.

2012. Karcer. Igor

- W ciągu tych pięciu lat w karcerze byłem 11 razy. Pierwszy raz posadzili mnie w 2012 roku, gdy odmówiłem obierania warzyw w stołówce. Wpisali mnie dwa razy z rzędu w grafiku. Drugi raz siedziałem, gdy rodzina wysłała mi w paczce płyty CD z muzyką. Pocięli je nożyczkami i powiedzieli, że to nielegalne. A w każdym baraku jest magnetofon i dowódca oddziału wydaje go na życzenie.

Cela to dwa na cztery metry. Jest ciemno. Żarówka ma 36 W. Prycze rozkłada się tylko na noc. Śpi się w ubraniu. Najgorszy jest chłód. Trzeba ćwiczyć, żeby się ogrzać.

2012. Karcer. Mikałaj

- Z karceru najbardziej pamiętam chłód. Spałem na metalowej pryczy bez materaca i prześcieradła. Była zima. Mogłem mieć ze sobą szczoteczkę, pastę, mydło, ręcznik i papier toaletowy. Nic więcej. Przeszukiwali mnie kilka razy dziennie.

Dali mi nową odzież: czarną koszulę i czarną kapotę. Potem powiedzieli, że na koszuli brakuje mi etykietki z numerem i nazwiskiem. Prosiłem, żeby dali mi igłę i nitkę, to przyszyję. Oni na to, że później. Następnego dnia znów odnotowali brak etykietki. I następnego. Po tygodniu napisali do sądu, że złośliwie nie przestrzegam zasad. Sąd orzekł, że naruszyłem osiem zasad regulaminu: pięć z nich dotyczyło etykietki, trzy pozostałe chustki do nosa. Zamienili mi kolonię karną na zamknięte więzienie. Kolonia to przy tym sanatorium.

2012. Dentysta. Igor

- Nie było stomatologa. Zęby wyrywaliśmy sami. Nitkę nylonową zawiązywaliśmy wokół zęba, do drugiego końca przywiązywaliśmy ciężarek. We dwóch trzymaliśmy delikwenta, a trzeci ciągnął ciężarek. Dopiero gdy szczęka puchła i gniła, wysyłali w konwoju do szpitala. Przez choroby i powikłania średnio raz w roku ktoś umierał.

Umierali też ze starości. Albo z depresji. To cmentarzysko ludzkich losów. Nikt nie mówi o niczym innym, tylko o swoim utraconym życiu, karierze, bliskich. Po paru latach zaczynasz myśleć, że tak mają wszyscy, że tak już jest w życiu. I do strachu przywykasz. Nic cię nie rusza. Wielu przez to zwariowało.

2012. Psychiczny. Mikałaj

Mikałaj: - W styczniu 2012 roku trafiłem do więzienia w Mohylewie. Byłem tam trzy lata. 23 godziny dziennie w celi, w której jest drewniana szafka, toaleta, metalowa prycza i stół z ławką. Na okrągło świeci światło. Za dnia mocniejsze, w nocy przygaszone. U góry okno przysłonięte metalowymi żaluzjami. Gdy patrzysz na nie na wprost, widzisz tylko żelazo, a z bardzo bliska możesz zobaczyć wąski pasek nieba (przez trzy lata najbardziej tęskniłem za niebem).

Na godzinę wypuszczają na spacer. Spacerniak też wygląda jak cela, zamiast dachu jest siatka, bardzo gęsta. Pilnują strażnicy i psy - owczarki i rottweilery. Przez trzy lata liczyłem kroki: 35 w tę i 35 w drugą stronę.

Dokooptowali mi do celi psychicznie chorego. Chorąży rosyjskich wojsk rakietowych. Kazali mu jechać do Czeczenii. Odmówił, więc wygonili go z armii, wrócił do ojczyzny, na Białoruś, do swojej wioski. Pił wódkę ze swoim przyjacielem i go zabił. Dostał za to tyle, co ja za demonstrację - sześć lat. Bardzo był dumny z siebie, że potrafił zabić człowieka jednym kopniakiem.

Koledzy z celi obok powiedzieli mi przez umywalkę, że z nim wszystko w porządku, że nie jest cwelem (cwele w więzieniu mają najgorzej: oddzielnie jedzą, oddzielnie śpią; to homoseksualiści albo tacy, którzy naruszyli rytuał więzienny: zjedli coś ze śmietnika, napili się z cwelem herbaty albo dłużej siedzieli z nim w jednej celi). Powiedzieli mi, że nie będę przecwelony, jeśli będę z nim siedział, ale dodali, że nikt jeszcze nie siedział z nim dłużej niż pięć dni. Wytrzymałem z nim dwa miesiące.

2013. Śmierć. Igor

- W moim oddziale był chłopak, Wicia. Na jakiś czas wysłali go do kolonii o zaostrzonym rygorze. Ale przetrwał to dzielnie. Wrócił. Miał mieć widzenie z matką, ale nie mogła dojechać. Bardzo mu zależało, żeby do niej zadzwonić. Dowódca odmówił. Następnego dnia wyszliśmy do pracy, do strefy przemysłowej, i zobaczyliśmy Wicię, jak wisiał na belce. Strażnicy tylko klęli, że będą mieli dodatkową papierkową robotę.

2012. Żona. Mikałaj

- Przez te pięć lat odsiadki Marynę dopuścili do mnie tylko raz - gdy braliśmy ślub. Pozwolili jej zostać na długim widzeniu. Zamknęli nas w jednej celi na jedną dobę, chociaż przysługiwały nam trzy. Potem pisałem do niej listy, ale je przejmowali. Zabraniali mi do niej dzwonić. Zacząłem przekazywać jej wiadomości przez kolegów, którzy wychodzili na wolność. W pewnym momencie Maryna miała tyle telefonów od nieznajomych, że nie wierzyła, że to ode mnie. Myślała, że to prowokacje. Ustaliłem więc hasło: coś, o czym tylko my oboje mogliśmy wiedzieć.

Maryna najpierw straciła pracę w firmie farmaceutycznej i zaczęła pracować dla organizacji praw człowieka. Zajmowała się moją sprawą. Później, w kwietniu zeszłego roku, miała wypadek samochodowy. Razem z adwokatem wracali ode mnie. Prosiłem, żeby jechali inną drogą, niż przyjechali, ale tamta jest krótsza. Zza górki wjechał w nich rozpędzony jeep - zderzenie czołowe, cudem przeżyli. Sąd uznał, że kierowca jeepa jest winny. Dostał karę grzywny - 10 dolarów.

2012. Siostra. Igor

- Moja mama zaprzyjaźniła się z Maryną. Razem działały w jednej organizacji. Naszą sprawą zainteresowały obrońców praw człowieka i europejskich dyplomatów.

Potem, podczas jednego z przesłuchań, wspomnieli o mojej siostrze. Mówili, że pewnie mi pomagała. Zakazałem jej przyjazdu do kraju. Razem z dziećmi mieszka w Genewie.

2014. Krew. Mikałaj

- Do celi dali nam trzeciego. Oficera z brygady pułkownika Dmitrija Pawliczenki, tego samego, który kierował "szwadronami śmierci" i zlecał morderstwa na opozycjonistach. Tak się przedstawił. Mówił, że sam zajmował się uprowadzaniem polityków. Wiedziałem, że to próba wywarcia presji. Ale jakoś się dogadaliśmy. Był schludny, codziennie ćwiczył. Nie był głupi. Trzy razy w tygodniu pisał do mamy długie listy. Odpisywała mu raz na dwa tygodnie. Wiedziałem, że musi na mnie raportować. Pewnie obiecali mu, że szybciej wyjdzie. Siedział za zabójstwo. Przez lata szkolili go na maszynę do zabijania, a po tej historii z uprowadzaniem opozycjonistów obiecali nienaruszalność. I zabił swoją narzeczoną. Mówił, że go sprowokowała.

We trójkę wytrzymaliśmy sześć dni. Naciskaliśmy na tego psychicznego. Mówiliśmy mu: "Odejdziesz czy nie? Napisz podanie o przeniesienie. Może jak tu dłużej posiedzisz, to się przecwelisz? Skąd wiesz, jaki mamy status?".

On w końcu nie wytrzymał. Złamał maszynkę do golenia, wyciągnął żyletkę i podciął sobie żyły w nadgarstkach. To stary sposób na przeniesienie. Na strażników już nie działa. Zabandażowali go i przypięli kajdankami na korytarzu, żeby był na widoku, aż rany mu się nie zagoją.

Potem, gdy wrócił do celi, podciął sobie gardło, ale nie głęboko. Siedział cały dzień z opuszczoną głową, ze ściśniętym podbródkiem. Gdy strażnik do niego podszedł, odchylił głowę i krew siknęła. Strażnik zemdlał. Ale to też nie podziałało. Znów go zabandażowali.

Trzecim razem zagroził służbie więziennej, że się zatka. W więziennym slangu oznacza to, że wsadzi sobie plastikową część długopisu w odbyt i wciśnie aż pod przeponę. Strażnicy wiedzieli, że trzeba będzie go operować w szpitalu. A żeby go przewieźć, trzeba będzie powiadomić Mińsk - to już problem, więc zabrali go z celi.

2015. Łaska. Igor

- W czerwcu tego roku dowódca oddziału zapoznał mnie z artykułem 411. Mówi o tym, że jeśli więzień narusza regulamin, to sąd może przedłużyć mu wyrok. Sugerowali też, że przeniosą mnie do zamkniętego więzienia.

Dwa razy wzywali mnie, żebym podpisał prośbę o ułaskawienie. Mówili: damy ci wolność. A przecież wolności nie można dać. Wtedy to tylko darowizna. Wolność trzeba sobie wywalczyć. Dwa razy odmówiłem. Odpowiedziałem, że będę siedzieć tyle, ile trzeba.

2015. Łaska. Mikałaj

- Zaczęli na mnie naciskać, żebym napisał do prezydenta z prośbą o ułaskawienie. Odmawiałem. Próbowali wpłynąć na innych więźniów, żeby mnie przycisnęli. Mówili im: "Wszystkie wasze problemy są przez niego. Może znajdzie się prawdziwy mężczyzna, który wymierzy mu sprawiedliwość?". No i przyszło do mnie kilku prawdziwych mężczyzn. Powiedzieli, że chcą mnie ochraniać.

2015. Zwolnienie. Igor

- Odsiadywałem w karcerze 11. raz. Przyszedł klawisz i kazał mi się zbierać. To było 22 sierpnia - święto systemu penitencjarnego na Białorusi. Wyprowadzili mnie do strefy przemysłowej, do bramy, gdzie wyjeżdżają ciężarówki z belkami drewna. Na miejscu byli już konwojenci z psami. Odczytali mi akt łaski, dali paszport i kazali wsiadać do autobusu. Odwieźli mnie na dworzec.


Mińska prawie nie poznałem, sporo się pobudowało przez ostatnie pięć lat. Nikt na dworcu na mnie nie czekał. Do nikogo nie dzwoniłem, bałem się prowokacji. Poszedłem prosto na metro. Chciałem jak najszybciej zobaczyć ojca i matkę i usiąść na kanapie w salonie. Ojciec czekał w drzwiach. Mama płakała. Była też moja siostra z dziećmi. Następnego dnia lecieli w powrotem do Genewy. Chłopcy już spali, gdy przyszedłem. Weszliśmy po cichu do ich pokoju. Starszego pamiętałem, ma już siedem lat. Młodszy ma trzy, widziałem go po raz pierwszy.

2015. Zwolnienie. Mikałaj

- W ostatnim roku odsiadki napisałem podanie o jednoosobową celę. Przyznali. Pierwszy tydzień to była euforia. Po trzech latach kontrolowania sąsiada, podglądania, co robi, reagowania na każdy ruch, w końcu poczułem się bezpieczny. Niebezpieczeństwo pochodziło już tylko z jednej strony - drzwi. Potem, żeby nie zwariować, zacząłem częściej ćwiczyć. Nie sądziłem, że wypuszczą mnie po czterech miesiącach. Do ostatniego momentu nie wiedziałem, że mnie zwalniają. Ledwo zdążyłem zebrać swoje rzeczy.

Na dworcu w Mińsku było dużo ludzi, byli aktywiści, fotoreporterzy, dziennikarze. Ludzie trzymali biało-czerwono-białe flagi, bili brawo, krzyczeli "Żywie Białoruś". Maryna płakała, trzymała białe i czerwone róże.

Igor w pierwszym tygodniu wolności pojechał z rodzicami na Cypr. Na Białoruś już nie wróci. Warunkiem jego zwolnienia była deklaracja opuszczenia kraju. Jeszcze nie wie, gdzie zamieszka.

Mikałaj po zwolnieniu z aresztu pojechał z Maryną na wakacje do Grecji. Wciąż mieszka w Mińsku. Przez osiem lat będzie objęty profilaktycznym nadzorem. Nie może wychodzić z domu nocą ani startować w wyborach.


Źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,150173,19541873,laskawosc-lukaszenki-bialorus-wypuscila-politycznych-z-wiezien.html