Brazylia:policja każdego roku zabija około 2 tysięcy ludzi
Informacje - Zagraniczne
czwartek, 10 marca 2016 09:42

W Complexo do Alemao znów zabili człowieka. Takiego jak zazwyczaj: młodego i czarnego. Tym razem nazywa się Igor Firmino Silva. Zginął od kuli wystrzelonej z broni policjanta w parku Uniao, rankiem, w poniedziałek.

Profesjonalne media podały, że był handlarzem narkotyków. A amatorski kolektyw reporterów z dzielnicy Papo Reto sprostował, że ofiara to 19-letni student, pracownik apteki. Nazajutrz czytam na ich facebookowym profilu: "Musimy wreszcie nazywać rzeczy po imieniu: to ludobójstwo, giną młodzi, biedni czarni ludzie. Dziś znowu odwołano lekcje w szkołach. Przez ciągłe najazdy policji dzieje się tak od dwóch lat. A potem znów powiedzą, że biedni z faweli nie chcą się uczyć".

Raullowi Santiago, 26-latkowi z Complexo do Alemao, członkowi kolektywu, trudno się z tym pogodzić.

- Tak, gangi też zabijały cywilów w naszej faweli. Ale przynajmniej znało się reguły: gdzie nie wolno chodzić, czego nie robić. Kto ich przestrzegał, był w miarę bezpieczny. Teraz, gdy przestępców zastąpili policjanci, reguł nie ma żadnych. Zginąć można w każdej chwili.

Raulla właśnie zobaczył cały świat: jest na jednej z fotografii autorstwa Hiszpana Sebastiána Listego, które zajęły trzecie miejsce w kategorii "Życie codzienne" w konkursie World Press Photo 2016. Siedzi na tylnym siedzeniu samochodu i odbiera w swoim telefonie komórkowym przysłane właśnie zdjęcie. Na pierwszym planie martwy dwudziestodwulatek, kierowca mototaksówki, zastrzelili go policjanci. W podpisie fotografii Listego informacja, że Raull jest liderem kolektywu Papo Reto. Nie dziwi, że wszyscy dziennikarze, tak jak ja, chcą teraz rozmawiać z liderem.

- Wy chyba nie rozumiecie, czym jest nasz kolektyw - mówi mi wprost członkini Papo Reto (bo nazwa ta oznacza "mówić wprost") Lana de Souza, rówieśniczka Raulla, studentka dziennikarstwa. Szeroki uśmiech, na głowie bujne afro. Tłumaczy, że liderowanie kojarzy jej się z autorytaryzmem. - A naszą siłą jest to, że każdy z nas jest inny i wnosi do kolektywu swoje, równie ważne umiejętności.

Wszyscy członkowie Papo Reto mieszkają w Complexo do Alemao, od dziesięcioleci uważanej za jedną z najniebezpieczniejszych dzielnic Rio de Janeiro. W miejscu, gdzie wszystko zaczęło się od przyjazdu Polaka...

W latach 20. ubiegłego wieku Leonard Kaczmarkiewicz kupuje w Górach Miłosierdzia (Serra da Misericórdia), na północ od Rio de Janeiro, ziemię. Długo gospodaruje na zielonych wzgórzach, wśród czystych źródeł, aż w grudniu 1951 roku teren dzieli na działki i wyprzedaje. Miejscowi nie znają Polaków, większość z nich nie wie nawet, gdzie leży Polska, i na Kaczmarkiewicza mówią "Niemiec" (Alemao). Zielone wzgórza i czyste źródła na północ od Rio nazywane będą odtąd Morro do Alemao (Wzgórzem Niemca). Obecnie przepełnione dziką zabudową Complexo do Alemao zamieszkuje 200 tysięcy ludzi (choć oficjalne dane mówią o tylko 70 tysiącach) i składa się z 15 faweli. Raport sprzed 15 lat opisuje je jako najsłabiej rozwiniętą część Rio.

W połowie lat 90. gangi jak nigdy dotąd zalewają Alemao krwią. Podczas długich walk władza nad slumsem przechodzi z rąk do rąk. Najważniejszymi rozgrywającymi są: słynne Comando Vermelho (Czerwone Komando), Comando Terceiro (Trzecie Komando) i grupa Amigos dos Amigos (Przyjaciele przyjaciół). W 2008 roku fawelę odwiedza prezydent Brazylii Lu~z Inácio Lula da Silva, zapowiada poprawę bezpieczeństwa i ogłasza ją "terytorium pokoju". Kilka lat przed piłkarskimi mistrzostwami świata w piłce nożnej Brazylia udowadnia, że jest bezpiecznym krajem. Rząd robi akcję oczyszczania słynącego z przestępczości Rio de Janeiro. Wzgórza Alemao zajmuje 2 tysiące mundurowych. Miejsce przestępców zajmują oddziały policji i wojska. A media na całym świecie ogłaszają, że przestępczość w faweli spada.

- Mieszkańcy naszej dzielnicy słyszą strzelaninę przez większość dni w roku. Żyjemy w stanie nieustannego zagrożenia i udawanego przez władze i media pokoju. Co z tego, że statystyki wypadają lepiej, skoro zamiast przestępców nękają nas teraz policjanci - opowiada Lana.

Potwierdza to Amnesty International: brazylijska policja każdego roku zabija około 2 tysięcy ludzi. Nie tylko zabłąkanymi kulami. Dlatego Papo Reto postanowiło monitorować pracę policjantów.

- Dla nas największym zagrożeniem jest ich obecność. Informujemy o ich wykroczeniach, przestępstwach - tłumaczy Lana. - Przestępcy są kontrolowani przez policjantów, a kryminalnej działalności policjantów nie kontroluje nikt. Oficjalnie oni tu są, żeby nas chronić. Zamiast tego łamią nasze prawa. Stale trzeba się mieć na baczności. Dzisiaj na przykład, o szóstej rano, kiedy dzieci szykowały się do wyjścia do szkoły, a dorośli do pracy, znów obudziły nas wystrzały z karabinów i latający nad dzielnicą helikopter. Był nalot oddziałów specjalnych, w tym zamaskowanych policjantów. Nie wiadomo, kiedy i skąd padną strzały. Najgorsze, że państwo traktuje nas jak przestępców - tutaj wystarczy zaprotestować przeciw warunkom życia czy polityce rządu, być członkiem ruchu społecznego, by nazwali cię terrorystą. Władza sprzyja bogatym, biednych uważa za kryminalistów.

Z niezgody na to w 2013 roku narodził się pomysł na Papo Reto.

- Jest nas tylko ośmioro. Ale współpracuje z nami wielu mieszkańców: mototaksówkarze, sklepikarze, pracownicy urzędów... Przekazują nam informacje, przesyłają zdjęcia, kręcą filmiki telefonami komórkowymi. Przez 24 godziny na dobę. Nie zarabiamy na tym, to dziennikarstwo obywatelskie. Na co dzień każdy z nas ma swoje życie: pracujemy albo uczymy się.

Raull twierdzi, że sprawy idą w coraz gorszym kierunku. Ma starannie wygoloną bródkę, nosi bejsbolówkę, wygląda jak latynoski raper. Na prawym ramieniu wytatuował sobie napis: "Uwierz". Na blogu Papo Reto właśnie opublikował nowy artykuł: "Łatwo patrzeć i oceniać życie w faweli poprzez celownik karabinu policyjnego lub dzięki ekranowi telewizora stacji i oklaskiwać zbrodnicze akcje na naszych ulicach. Rządzący, telewizyjni prezenterzy, biznesmeni obiecują, że zorganizują najpiękniejszy spektakl świata, superolimpiadę w Rio. I będzie tak samo jak z piłkarskimi mistrzostwami świata: to my zapłacimy za to, niekiedy nawet życiem (...) Rok olimpijski - święto dla jednych, dla innych - cierpienie i przemoc".


Źródło: wyborcza.pl