Polska: Ciężka sytuacja życiowa? ABW chętnie pomoże!
Informacje - Krajowe
środa, 20 kwietnia 2016 19:13

To był ósmy stycznia, bo siódmego ustawa o inwigilacji poszła do Sejmu na pierwszą obradę. 8 stycznia odprowadziłam córkę do przedszkola. Wychodzę z przedszkola i podchodzi do mnie jakiś pan. Myślę sobie: „jakiś ojciec czy coś”, niski, niepozorny człowiek. Mówi do mnie: „Dzień dobry!”, pyta mnie o moje imię, czy to ja. Ja mówię, że tak. Jestem zdziwiona, o co chodzi. A on mówi do mnie: „wie pani, ja słyszałem, że pani ma ciężką sytuację życiową i chciałbym pani pomóc”. Po czym wyciąga legitymację, pokazuje mi i mówi: „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Sytuacja komiczna. I pyta mnie, czy wsiądę z nim do samochodu. Ja sobie wtedy wyjęłam papierosa, wiedziałam, jak trzeba reagować, żeby nie wsiadać z nim do samochodu. Od razu odmówiłam, zapaliłam tego papierosa, żeby zachować totalny spokój. Na to on powiedział, że w takim razie zawoła swojego kolegę, żeby był świadkiem naszej rozmowy, no i, czy możemy chwilę porozmawiać. Stwierdziłam, że chwilę porozmawiać możemy. Przyszedł kolega. No to kolega już był pokaźny, duży, łysy i taki zły. Tak, zabawa w dobrego i złego policjanta była.

Funkcjonariusze nie mówili nic konkretnego, wspominali, że mogą pomóc w trudnej sytuacji, spłacić długi. Na pytanie o warunki pomocy tylko się roześmiali.


Ja mówię: „no dobrze, ale w jakiej sprawie panowie w ogóle przyszli? Ja nie robię nic nielegalnego, więc nie rozumiem, dlaczego panowie w ogóle do mnie przychodzą”. Na co oni odpowiedzieli: „no, gdyby pani robiła coś nielegalnego, to byśmy się zobaczyli o 6. rano u pani w domu”. No i jakoś tak doszło do tego, że powiedziałam, że ja się nie chcę mieszać w takie rzeczy, że ja nie chcę z nimi rozmawiać, że ja sobie radzę. Oni oczywiście na to: „Nie, nie radzi sobie pani”. Ja powiedziałam, że nie chcę się w to mieszać, oni powiedzieli: „Ale już jest pani w to zamieszana. Przed świętami robiła pani pikietę w sprawie pobicia na Patelni, a w listopadzie robiła pani demonstrację, to już jest pani zamieszana”. A ja mówię: „no, ale nadal powtarzam, że nie robię nic nielegalnego, więc nie rozumiem, o co panom chodzi”.

Kiedy pierwsza strategia zawiodła, zaczęli sugerować, że mają jakieś informacje, bo ponoć „jakaś organizacja z innego kraju, która im nie podlega, nas infiltruje”, ale żeby się nimi podzielić, musieliby „sobie zaufać i pospotykać się więcej”.

Ja mówiłam cały czas, że nie, że ja nie będę chodziła na żadne układy, że ja nie zamierzam się w to bawić, że mam swoje życie. „A jakie ma pani życie?” Mówię: „no, mam swoje życie, mam dziecko, niepełnosprawne dziecko, zajmuję się nim”. Taka byłam zdziwiona. No, jakie życie? „No, ale pani sobie nie radzi”.

Funkcjonariusze dysponowali starymi informacjami. Wg Joanny ich wiedza pochodziła z lutego zeszłego roku, kiedy widzieli się z ojcem jej dziecka. Nie mieli nowego numeru telefonu Joanny i nie wiedzieli, że od tamtego czasu Joanna spotykała się z innym partnerem.

I powiedzieli, że wiedzą, że rozstałam się z chłopakiem z Katowic, kiedy to właśnie było rok temu, i takie rzeczy. Swoją drogą, u jego sąsiadów też w tamtym czasie był ktoś, przedstawił się jako policja i pytali, czy nie mieszka u niego jakaś dziewczyna, bo ja u niego nocowałam jakoś tam w weekendy. Byli też u ojca mojej córki. Jakoś w marcu zeszłego roku. Proponowali pomoc, pieniądze, a jak to nie poskutkowało, to zastraszanie. Więc u dwóch osób już ktoś był rok temu w mojej sprawie.

Pytali ją, czy podałaby im numer telefonu – zdziwiła się, że jeszcze go nie mają. Kiedy odmówiła, zmienili ton rozmowy i zaczęli pytać, czy nie boi się zagrożenia ze strony prawicy.

W tym momencie sobie myślę: „O nie! Ta rozmowa idzie w złą stronę” i mówię do nich: „Panowie są bezczelni, nie będę z panami rozmawiać, panowie przyszli mi pod przedszkole dziecka, ja nie robię nic nielegalnego, nie muszę z wami rozmawiać, do widzenia!”. Odwróciłam się i poszłam. Oni jeszcze gdzieś tam po drodze proponowali mi, że mnie odprowadzą na przystanek, a ja powiedziałam, że nie. Poszłam i jechali za mną kawałek, musiałam mocno pokrążyć, żeby ich zgubić. Czyli, mam świadomość, że wtedy mogli nie znać mojego adresu nawet.

Rozmowa miała miejsce w piątek, przez weekend był spokój. W poniedziałek zadzwonił do niej pan z ABW, przepraszając, bo „to było niefortunne, że przyszli do mnie pod przedszkole, że było zimno i w ogóle to takie faux pas, ale oni by bardzo chcieli się ze mną jeszcze raz spotkać”. Powiedział, że nowy numer dostali od byłego chłopaka (o którym podczas spotkania nie wiedzieli lub udawali, że nie wiedzą), od którego dowiedzieli się też o kredycie i problemach finansowych. Joanna jest jednak przekonana, że ich wiedza pochodziła z prywatnej korespondencji pomiędzy nią, a jej byłym partnerem, ponieważ nie wykraczała poza informacje, jakie były w wiadomościach na facebooku, w mailach i w esemesach.

Po godzinie zadzwonił do mnie domofon. Odbieram, mówię „halo?”, ktoś odpowiada „halo?” i tak kilka razy. Pytam: „kto tam?” i w tym momencie ktoś się rozłącza. Słyszę, że drzwi na dole się otwierają. Wstaję i podchodzę do wizjera, a tam stoi jakiś mężczyzna ubrany na czarno, na moim piętrze, koło moich drzwi i się w nie patrzy. To było koło 14., przed moim wyjściem po dziecko do przedszkola. Facet stał jakieś 15 min i patrzył się na drzwi. Nic nie robił, tylko się patrzył. Potem zszedł na dół. Bardzo się przestraszyłam. Dobrze, że u mnie był kolega, że miałam wsparcie. Poszedł potem ze mną pod przedszkole, po córkę i odprowadził mnie do domu. Bałam się sama iść. Nie udowodnię, że to oni, ale jest to dziwny zbieg okoliczności, że godzinę po odmowie, wydarza się coś takiego…

Po poniedziałkowych wydarzeniach Joanna zdecydowała się na konsultację z prawnikiem. Podczas spotkania ten sam funkcjonariusz dzwonił do niej dwa razy, ponadto ktoś dzwonił do jej prawnika z zastrzeżonego numeru. Choć nie da się udowodnić, że dzwoniła ta sama osoba, jak mówi Joanna – jest to dość dziwny zbieg okoliczności.

Potem, po konsultacji z prawnikiem, jako Antyfaszystowska Warszawa, opublikowaliśmy_łyśmy oświadczenie nt. inwigilacji. Nie podawałyśmy_liśmy wtedy żadnych konkretów, nie widząc takiej potrzeby. Zostało napisane, że próbują nas infiltrować, jak trzeba reagować itp.

ABW jednak tak łatwo się nie poddawała. Pomimo kilku nieudanych prób przekonania Joanny do współpracy, nękanie nie ustawało.

Miała być demonstracja w Podkowie Leśnej, dzień po demonstracji antyinwigilacyjnej [w Warszawie] rozmawiałam z koleżanką przez telefon, że chcemy przyjechać i ich wesprzeć, to następnego dnia organizatorzy dostali telefon od policji, że Antifa z Warszawy wybiera się do nich. Niby spokój, a jednak różne informacje wychodzą z rozmów telefonicznych. To było dosyć niepokojące. A jeszcze w międzyczasie zauważyłam, że mam wyłamaną skrzynkę na listy, tak, że można odgiąć drzwiczki i włożyć rękę do środka. Moim zdaniem nic z niej nie potrzebowali, a jedynie chcieli zastraszyć. No, ale znowu nie udowodnię, że to oni.

Tak naprawdę nie możemy domyślić się powodu, dlaczego akurat aż tak im zależy, no bo musi im zależeć. Ja to odbieram jako takie męczenie mnie po prostu.

Kolejnym krokiem była próba wciągnięcia byłego chłopaka Joanny w brudną grę ABW: przeciągnięcie go na swoją stronę i nastawienie wrogo do Joanny.

Zadzwonił do mnie mój były chłopak, z którym nie rozmawiałam, bo nasz związek zakończył się bardzo nieprzyjemnie, i zapytał, czy wiem, kto dzisiaj rano u niego był. Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia. A on mówi, że ABW. Nie dowierzał, że ja nie wiem. Oczywiście kazałam mu zainstalować oprogramowanie szyfrujące na telefon, żeby porozmawiać, bo powiedziałam mu, że jestem prawie pewna, że jestem podsłuchiwana i wolę tego nie robić. Rozmawiałam z nim przez godzinę. Powiedział mi, że przyszli do niego do mieszkania o 9. rano, chcieli wejść, on ich nie wpuścił, więc wyszli na zewnątrz, gdzie rozmawiali półtorej godziny. Zaproponowali mu, żeby wsiadł z nimi do samochodu. Na szczęście odmówił. Był bardzo zdezorientowany, proponowali mu, że spłacą jego długi, że znajdą mu pracę, bo on szuka pracy, i że mu pomogą i załatwią leki, bo podobno kaszle, chcieli do apteki pójść i mu kupić. No i powiedzieli mu, że ja z nimi współpracuję, że się widziałam z nimi kilkakrotnie i przedstawili mu jakieś fakty na temat naszego związku, naszych kłótni, naszych relacji itd., co rzekomo ja im powiedziałam o nas.

Mieliśmy sporo kłótni po rozstaniu właśnie przez facebooka i esemesy. Przedstawili mu to tak, że ja nagadałam na niego, że ja takie straszne rzeczy na niego mówiłam i czy on by nie chciał się na mnie odegrać i powiedzieć teraz im wszystkiego o mnie. On sam mi powiedział, że w pewnym momencie nie wiedział, czy im wierzyć, czy nie. Zaczął się wahać, czy ja z nimi nie współpracuję, bo to było takie wiarygodne. Jak mu mówili takie rzeczy. Oczywiście oni przyjęli taką taktykę, że po przeczytaniu tych wszystkich rzeczy przyjęli jego postawę, czyli: „a bo pani przesadza, nagadała tyle i tyle rzeczy o panu, my pana wspieramy i rozumiemy, że może pan być zły, itd.”. A że on też nie do końca rozumie jakieś tam swoje poczynania wobec mnie, więc zaczął się przy nich czuć pewniej. Pytali go o mnie, pytali go o jego relacje ze mną, o nasze kłótnie, o to, jaki kontakt miał z moją córką, z ojcem mojej córki.

Potem zaczęli go pytać, kto ich odwiedzał, chcieli, żeby wymienił wszystkie osoby ze środowiska antyfaszystowskiego, które kojarzy, chociaż z wyglądu lub po pseudonimach. Według tego, co powiedział naszej rozmówczyni, odpowiedział, że skoro Joanna z nimi współpracuje, to niech jej zapytają i że on nie będzie tego robił. Ale miał problem z zakończeniem rozmowy i pozbyciem się funkcjonariuszy.

Joanna podsumowała swoją historię, mówiąc, że szukanie wymyślonych terrorystów to jedno, ale oni mieszają się w życie realnych ludzi i grają na ich prawdziwych problemach.

A ja mam naprawdę ciężką sytuację. Jestem z niepełnosprawnym dzieckiem, nie mam pieniędzy na życie i po prostu jest ciężko, mega ciężko… Staram się sobie radzić. Chodzę na terapię… Wiedzą o tym, bo wspominali… I tak oni przychodzą i wchodzą w to życie, manipulują moim byłym, z którym nie mam kontaktu, bo jakaś tam krzywda miała miejsce z jego strony. To jest totalna bezczelność. Próbują mnie zmęczyć, bo ta świadomość, że grzebią w moim prywatnym życiu jest bardzo męcząca.

To jest strasznie okrutne, bo oni jednak wykorzystują to, że mam dziecko, że będę się bała o dziecko i coś tam. Nie wiem, jaki jest cel, swoją drogą, i dlaczego akurat my, no bo naszym jakimś największym wykroczeniem jest sprzątanie ulic z malunków „Żydzi do gazu”.

Wybór Joanny przez ABW, jako ewentualnej wtyki w środowisku antyfaszystowskim, jest podyktowany nie tylko jej aktywnym zaangażowaniem, ale również, jeśli nie przede wszystkim, jej sytuacją życiową. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Joanna jest matką samotnie wychowującą dziecko z niepełnosprawnością. Jest w trudnej sytuacji finansowej. Warunkiem otrzymywania zasiłku jest niepodejmowanie innej pracy niż opieka nad dzieckiem. W związku z tym musi się utrzymać wyłącznie z 1350 zł zasiłku oraz alimentów od ojca dziecka o wysokości 500 zł. Samo wynajęcie pokoju czy mieszkania pochłania większość tych nikłych zasobów, nie wspominając o jedzeniu, ratach kredytu, lekach, operacjach czy rehabilitacjach dla dziecka. Ponadto, Joanna nie może podjąć żadnej pracy na czarno, bo pracować nie może w ogóle, a jeśli praca na czarno wyszłaby na jaw, odebrano by jej zasiłek.

My właśnie potem wydaliśmy drugie oświadczenie na facebooku, po tej sytuacji z moim byłym, gdzie już pisaliśmy o tym, że infiltrują samotne matki z dziećmi, wróć, terrorystów. Tak, mi się wydaje, że to jest totalnie granie na tym. Że właśnie jestem sobie sama, zraniona przez mężczyzn (bo wiedzą, jak było, że jakieś tam problemy miałam też z ojcem dziecka itd.) i że będę się bała o dziecko, i będę chciała zadbać o dziecko, i że oni mogą mi to dać. Oni mogą poprawić moją sytuację.

Dodatkowo bagatelizują jej trudne doświadczenia z byłym partnerem.

Jeżeli faktycznie czytali te wiadomości, to wiedzieli, co się działo między nami i umniejszają to, idąc do mojego byłego i mówiąc, że ja przesadzam i jakieś takie rzeczy. To jest straszne zagranie.

Jakbym ja usłyszała taką historię, to byłabym tym wstrząśnięta. I nie wiem, nie wiem, kiedy to się skończy. W tej chwili unikam rozmów przez telefon. Czuję się niepewnie, pisząc esemesa. Wszystko to jest bardzo męczące i totalnie nie fair. Czuję się w jakiś sposób pokrzywdzona. Ktoś do mnie coś pisze, ja mówię: „nie pisz do mnie, bo nie chcę… żeby świadkowie sobie to czytali”.”

Joanna uważa, że jak najwięcej osób powinno wiedzieć o tym zdarzeniu. Zwykłe ujawnienie, że funkcjonariusze ABW próbowali kogoś infiltrować, znacznie utrudnia im pracę (operację!) i powoduje, że przestaje być ona tajna, więc staje się również nieskuteczna i zbędna.

Jedynie nie podaję swojego imienia i nazwiska, bo na przykład nie chciałabym, żeby panie w przedszkolu czytały, że [to] ja. Czy panie z urzędu, gdzie dostaję zasiłek na niepełnosprawne dziecko, przeczytały, że coś takiego się dzieje. Byłoby mi po prostu głupio. Czułabym się niezręcznie.

Nie potrafi podać powodu, dla którego mieliby się interesować akurat jej środowiskiem.

Mnie też bardzo zastanawia, dlaczego do nas przyszli? Jest tyle organizacji, które można by infiltrować. Chociażby skrajnie prawicowych, które robią jakieś napady na uchodźców czy cokolwiek takiego. Ale oni poświęcają tyle uwagi, tyle czasu nam.

Może po prostu się nie podobamy nowemu rządowi. Ja myślę, że możemy się nie podobać, a oni po prostu chcą się podlizać do tych stołków i może dlatego się podlizują nowemu rządowi, infiltrując Antifę. Ja nie rozumiem. Może dlatego? Tak sobie rozważamy. Znaczy, lubimy sobie żartować, że po prostu się zakochali we mnie i tyle o mnie wiedzą, że czekam, aż wyznają miłość.

Metody tajnej policji mają się dzisiaj świetnie. Manipulacja, nękanie, prześladowanie, wykorzystywanie danych wrażliwych to codzienne narzędzia pracy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Infiltracja środowisk niewygodnych dla władzy to stały element polityki wszystkich rządów. Sięganie przez funkcjonariuszy ABW do najbardziej wyrafinowanych socjotechnik ma na celu zbudowanie atmosfery strachu i paranoi.

Nękanie samotnej matki w trudnej sytuacji finansowej, jako osoby, którą potencjalnie łatwo złamać jest wyjątkowo okrutne i jednocześnie dużo mówi o ich sposobie myślenia. Komu można najbardziej utrudnić życie, wkładając w to jak najmniej wysiłku? Człowiek niewiele tu znaczy. Liczą się środki i osiągnięcie celu.

Źródło: codziennikfeministyczny.pl