Ameer Alkhawlany opowiada o aresztowaniu za odmowę współpracy z ABW
Publicystyka - Krajowa
poniedziałek, 13 marca 2017 13:34

Pochodzący z Iraku student Ameer Alkhawlany mieszka i studiuje w Polsce. Pewnego dnia zostaje zatrzymany. Dziś może opisać, jak do tego doszło.

Ameer Alkhawlany pochodzi z Iraku. W bieżącym roku akademickim miał rozpocząć studia doktoranckie na UJ. Jednak już szósty miesiąc pozostaje zamknięty w areszcie w Przemyślu i grozi mu deportacja. Oficjalne powody jego aresztowania nie są znane, wciąż nie postawiono mu też żadnych zarzutów. Nieoficjalnym powodem jego uwięzienia jest odmowa współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Na około miesiąc przed Światowymi Dniami Młodzieży dwóch agentów ABW usiłowało nakłonić Ameera do infiltrowania środowisk imigranckich i muzułmańskich w Polsce i przekazywania ABW zdobytych informacji, jednak Ameer stanowczo odrzucił ich propozycję.

W październiku został aresztowany, a Straż Graniczna, na wniosek Szefa ABW, wydała decyzję o wydaleniu go do Iraku. Aby uniknąć natychmiastowej deportacji, na dzień po aresztowaniu Ameer złożył wniosek o udzielenie mu azylu w Polsce. Kilka tygodni temu otrzymał decyzję odmowną. Urząd ds. Cudzoziemców, który rozpatrywał wniosek Ameera, uzasadnił swoją decyzję zawartością tajnych akt ABW. Nie wiemy, co się w nich znajduje. Dostępu do nich nie ma nawet adwokat Ameera.

Obrońca Ameera złożył odwołanie od decyzji o nieudzieleniu azylu, rozpatruje je Rada ds. Uchodźców. Jeśli rada podtrzyma negatywną decyzję urzędu, postępowanie deportacyjne Ameera zostanie wznowione. Ameer stracił już całą nadzieję na uzyskanie sprawiedliwości w Polsce – uważa, że wszystkie organy decyzyjne są pod naciskiem ABW. Po zakończeniu sprawy w Polsce Ameer planuje złożyć skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

*

Nazywam się Ameer Alkhawlany i pochodzę z Iraku, ale mieszkam i studiuję w Polsce od 2014 roku. W roku akademickim 2016/2017 zacząłem studia doktoranckie w Instytucie Nauk o Środowisku Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Mieszkam w akademiku w Miasteczku Studenckim AGH.

Poniedziałek 3 października był pochmurnym dniem. Przed pójściem na uniwersytet musiałem coś załatwić i pojechałem do centrum miasta. W drodze powrotnej zatrzymała mnie grupa pięciu mężczyzn w cywilnych ubraniach. Mężczyzna naprzeciwko mnie rozchylił kurtkę i chwycił pistolet, nie wyjmując go zza paska. Ten ruch naprawdę mnie przeraził! Mężczyzna po prawej stronie pokazał swój identyfikator, kolejny spytał o dokument tożsamości, potem poprosili mnie o paszport. Kiedy oddałem im moją kartę pobytu i paszport, kazali mi wyłączyć i oddać im telefon.

Byłem szoku. Mówili po polsku tak szybko, że nie byłem w stanie wszystkiego zrozumieć. Powtarzałem:
– Jaki problem? Nie rozumiem! Czy mówicie po angielsku?

Jeden z nich znał angielski i powiedział:
– Jeśli będziesz wykonywać nasze rozkazy, nic złego ci się nie stanie. (To było dla mnie bardzo dziwne zdanie!).

Potem kazali mi zdjąć kurtkę. Jakaś pani chciała wejść do budynku przez drzwi, przy których stałem, ale jej nie pozwolili. Czekała, stojąc na ulicy i obserwując.

Kiedy ściągnąłem kurtkę, usłyszałem: trzymaj ręce w górze. I zabrali wszystkie moje rzeczy (torbę, portfel, telefon, klucze). Sprawdzili mnie dokładnie: moje ubrania, nawet buty.

Pomyślałem: Może ci mężczyźni mają jakieś podejrzenia w stosunku do mnie, bo mam ciemną skórę!
Skuli mi ręce, co znów było dla mnie wielkim szokiem. Prosiłem, powiedzcie mi, o co chodzi?
– Zabierzemy cię na przesłuchanie!
– Jakie przesłuchanie? Co to oznacza? Dlaczego w ten sposób? Gdzie?
– W Oddziale Straży Granicznej, tam dowiesz się wszystkiego!

Zabrali mnie ze skutymi rękami do cywilnego samochodu. To było takie trudne! Po pierwsze nie wiedziałem, co się dzieje, po drugie ludzie na ulicy i ta pani, która czekała, żeby wejść do budynku, przyglądali się i mogli pomyśleć, że jestem przestępcą!

W samochodzie było trzech mężczyzn, dwóch z przodu i jeden obok mnie. Wyjechaliśmy z Krakowa, samochód jechał drogą przez las.
– Gdzie mnie zabieracie!?
– Do oddziału Straży Granicznej na lotnisku w Krakowie.

Dojechaliśmy do lotniska i zostałem zabrany do jakiejś kliniki, gdzie czekały na mnie trzy osoby z personelu medycznego. Zbadały mnie, zmierzyły ciśnienie. Powiedziałem do kobiety, która mnie badała: Proszę pani, ja nie jestem chory! Ona odpowiedziała: Tak, bardzo dobrze!

Później zabrali mnie do innego pokoju, żeby pobrać odciski palców.

Po badaniach i pobraniu odcisków wsadzili mnie do jakiegoś pokoju, który wyglądał jak areszt i zostawili na ok. godzinę. Wrócili z tłumaczką. Przywitała się i spytała:
– Czy dobrze znasz arabski?
– Tak.
– Jestem tłumaczką, ale jestem Polką, więc proszę, spróbuj rozmawiać ze mną w języku literackim, bo rozumiem go lepiej niż dialekty.

Zabrali mnie do innego pokoju na przesłuchanie.
– Zadamy ci kilka pytań i damy kilka dokumentów do podpisania po tym, jak zostaną ci przetłumaczone.
– Po pierwsze chcę wiedzieć, dlaczego tu jestem? Jestem w szoku, proszę, powiedzcie mi, o co chodzi, nie mogę tego dłużej znieść!

Mężczyzna, który mnie przesłuchiwał powiedział:
– Po przesłuchaniu zabierzemy cię do sądu i tam będziesz mógł spytać, o co chodzi, a tutaj wytłumaczymy ci parę rzeczy.
– Jaki sąd? Co ma pan na myśli? Dlaczego?
– Wyjaśnimy ci, co jest w tych dokumentach, a w sądzie będziesz mógł spytać o powody.

Zaczęło się przesłuchanie. Jak się nazywam, gdzie mieszkam, co studiuję, od kiedy jestem w Polsce…
– Wyjaśnij, co robiłeś w Polsce, odkąd tu przyjechałeś?

Wyjaśniam, że po przyjeździe zacząłem studia magisterskie na kierunku Ekologia i ewolucja w Instytucie Nauk o Środowisku na UJ, a potem dostałem się na studia doktoranckie w tym samym instytucie. Pytają o promotora, tytuł pracy doktorskiej. Mam problem z przetłumaczeniem go na arabski, więc podaję go po angielsku: „The impact of changes in nutrients supply on stoichiometry and ecosystems” („Wpływ zmian w podaży składników odżywczych na stechiometrię i ekosystemy”).

Spróbuj powiedzieć to po arabsku, nalega przesłuchujący. W końcu rezygnuje.
– Ok. To skomplikowane. Czy pracowałeś w Polsce?
– Nie, tylko studiowałem.
– Jakie było źródło finansowania twoich studiów magisterskich?
– Moje własne oszczędności.
– Jak dużo zapłaciłeś za studia magisterskie i czesne?
– Za dwa lata zapłaciłem 4200 euro.
– A studia doktoranckie? Jakie było źródło ich sfinansowania?

Wyjaśniam, że dostałem stypendium na okres 4 lat.
– Kto wypłaca to stypendium?
– Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych (rodzaj współpracy pomiędzy tymi dwoma ministerstwami), pokrywa ono czesne w wysokości 8500 zł za rok dla uniwersytetu i 1350 zł na miesiąc jako pieniądze na utrzymanie dla mnie, obie kwoty na 4 lata.
– W jaki sposób otrzymałeś to stypendium?
– Złożyłem wniosek w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Warszawie i zdobyłem je w wyniku konkursu dla zagranicznych studentów.

Tłumaczę się z każdej złotówki, padają następne pytania.
– Czy masz krewnych w Polsce lub Unii Europejskiej?
– Tak, mam brata w Polsce i drugiego w Niemczech.
– Co robią?
– Obaj są studentami.
– Twój brat, który jest w Polsce, gdzie mieszka?
– W tym samym pokoju, co ja.
– Jakie wartościowe rzeczy masz w Polsce?
– Mam mniej niż 3000 euro w banku, laptopa, telefon i podstawowe rzeczy.

Potem zaczęli czytać jakieś dokumenty i dawać mi do podpisania. Było zbyt wiele słów, których nie rozumiałem i kręciło mi się w głowie. Coś o przepisach, o prawach osób umieszczonych w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców.
– Co to znaczy „strzeżony ośrodek” – zapytałem.
– Miejsce dla osób, które nie mają dokumentów i nie przebywają w Polsce legalnie.

Potem znów słowa, zbyt wiele słów. To jednak do mnie dociera – wniosek szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego: Ameer Alkhawlany stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Musi zostać deportowany do Iraku i musi zostać umieszczony w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców na 90 dni, żeby zapewnić wykonanie tej decyzji.

Kiedy to usłyszałem, nie wierzyłem własnym uszom! Prawie się przewróciłem.
– Jakie niebezpieczeństwo? Dlaczego?
– To tylko wniosek, a sąd wyda decyzję – wyjaśnia mi tłumaczka.
– Będzie sędzia i rozprawa?
– Będziesz miał czas, żeby się wypowiedzieć, żeby zadać pytania i dowiedzieć się, o co chodzi w twojej sprawie.

Potem skuli mi ręce i wsadzili do tego specjalnego samochodu, żeby zabrać mnie do sądu. W drodze do sądu gorączkowo zastanawiam się: Dlaczego? O co chodzi? Przypominam sobie mężczyzn, z którymi kilka razy się spotkałem, tych z „bezpieczeństwa wewnętrznego”. Ale ostatnie spotkanie miało miejsce w Warszawie, a w ostatniej rozmowie telefonicznej powiedzieli mi: „Próbujemy dowiedzieć się więcej o Irakijczykach. Wiemy, że jesteś bystrym studentem i nie masz problemów w Polsce: ciesz się swoimi studiami i życiem w Polsce, a jeśli będziesz miał jakiś problem, nie wahaj się do nas zadzwonić, pomożemy ci.” Ale nie miałem w tym momencie telefonu, żeby do nich zadzwonić!

Potem doszedłem do wniosku, że może ci ludzie ze Straży Granicznej pomylili mnie z kimś innym, bo w Iraku jest wiele osób, które mają takie samo nazwisko jak ja. Później zacząłem myśleć o sądzie, próbowałem znaleźć w sobie nadzieję, podnieść się na duchu i wykrzesać siłę, która pozwoliłaby mi w sądzie przemówić. Czułem się jakbym umierał. Pocieszałem się: sądom w Polsce można zaufać, bo Polska jest demokratycznym i cywilizowanym krajem. Tak, wciąż jestem w Polsce, która jest w Unii Europejskiej, w strefie Schengen, gdzie są rzetelne, sprawiedliwe sądy i prawa, znajdę się pod egidą sądu, gdzie sprawiedliwości musi stać się zadość! Dzięki tym myślom poczułem się bezpieczniejszy, pełen nadziei. W tym specjalnym sądzie nikt nie będzie mnie już prześladował, dowiem się, w czym leży problem, a wtedy będę mógł się obronić. Sędzia mnie wysłucha, zbada sprawę i na pewno zorientuje się, że to pomyłka. Nie pozwoli na to, żeby ci ludzie zabrali mnie do tego dziwnego miejsca – Strzeżonego Ośrodka dla Cudzoziemców – i pozwoli mi wrócić do akademika, gdzie mój brat na pewno się o mnie teraz martwi, bo jest już późno, a ja zwykle wracałem wcześniej, zazwyczaj też byliśmy w kontakcie i on na pewno próbuje się teraz do mnie dodzwonić, ale ci ludzie zabrali mój telefon… To był dla mnie strasznie ciężki czas.

Dojechaliśmy do sądu i zostałem wyciągnięty z samochodu. Kiedy weszliśmy do budynku, rozkuli moje ręce i czekaliśmy na rozprawę. Byłem rozdarty pomiędzy nadzieją a strachem.

W końcu zaczęła się rozprawa. Sędzia przedstawiła obecnych: sędzia i jej asystent, mężczyzna reprezentujący Straż Graniczną, ja i tłumaczka.

Drżałem, bardzo chciałem dowiedzieć się, w czym leży problem.

Sędzia zaczęła czytać wniosek służb bezpieczeństwa, który został przekazany przez reprezentanta Straży Granicznej, już go słyszałem wcześniej: „Ameer Alkhawlany, obywatel Iraku, stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Rzeczpospolitej Polskiej, więc musi zostać deportowany do Iraku… Musi czekać na deportację w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców, ponieważ będzie próbował uciec z Polski.” Sędzia wymieniła też numery ustaw i przepisów, które miały w tej sprawie zastosowanie.

Później dano mi czas na wypowiedzenie się.
– Po pierwsze, chciałbym wiedzieć, dlaczego tu jestem? Dlaczego stanowię zagrożenie? O co chodzi?
– To tajne informacje, nie mogę ich ujawnić, a twoim zdaniem, dlaczego tu jesteś?
– Nie wiem, nie mogę zgadywać, ale zadaję to pytanie od rana i nikt nie udzielił mi odpowiedzi, a wszyscy mówili, że dowiem się w sądzie!
– Nie możesz się dowiedzieć. Czy masz jeszcze coś do powiedzenia?
– Tak, mieszkam i studiuję w Polsce od 2014 roku, nigdy nie naruszyłem prawa, nawet nigdy nie przeszedłem na czerwonym świetle, nigdy nie jechałem autobusem bez biletu! Skończyłem tu studia magisterskie i zacząłem doktoranckie, nie chcę wyjeżdżać z Polski! Jetem tu legalnie, mam stypendium…

Sędzia zwróciła się do reprezentanta Straży Granicznej:
– Czy uważnie go pan słuchał?
– Tak.
– Czy ma pan do niego jakieś pytania?
– Nie.
– Czy wciąż nalega pan na aresztowanie go?
– Tak.

Rozprawa się skończyła, zajęło to parę minut. Wyszliśmy, by poczekać na decyzję sędzi. Rozmawialiśmy z tłumaczką o sytuacji w Iraku i o Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców. Powiedziała, że to nie jest złe miejsce, że można tam oglądać telewizję i że w obrębie ośrodka jest się wolnym, że można też zadzwonić do rodziny.

Po około 15 minutach zostaliśmy poproszeni na odczytanie decyzji, która mówiła, że sąd zaakceptował wniosek Straży Granicznej. Jednak z uwagi na zagrożenie, jakie stanowię, oraz duże prawdopodobieństwo, że nie będę się stosował do zasad panujących w ośrodku, Strzeżony Ośrodek nie jest wystarczający, odpowiedni będzie areszt w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców. „Ameer Alkhawlany będzie przebywał w areszcie Strzeżonego Ośrodka dla Cudzoziemców, oczekując na deportację do Iraku, która nastąpi w czasie do 90 dni”.

Spytałem tłumaczki:
– Co to za areszt? Jaka jest różnica między aresztem a ośrodkiem?
– W areszcie będziesz cały czas w zamkniętej celi.

Sędzia poinformowała mnie, że mam prawo odwołać się od tej decyzji w ciągu 7 dni, a przetłumaczoną kopię decyzji otrzymam za 3 lub 4 dni. (W rzeczywistości Ameer otrzymał to tłumaczenie po 10 dniach – red.)

Wreszcie zapytała mnie:
– Czy chcesz kogoś poinformować?
– Tak, mojego brata.
– Podaj jego numer telefonu tłumaczce, a ona go poinformuje o twoim aresztowaniu.
– Nie mam jego numeru, muszę go wziąć z mojego telefonu.

Dali mi mój telefon, a ja podałem jego numer tłumaczce, która obiecała, że do niego zadzwoni.
Znów skuli moje ręce, żeby zabrać mnie do aresztu. Zapomniałem o sobie, myślałem tylko o moim bracie: Czy jest bezpieczny? A może przytrafiło mu się coś złego? Nawet jeśli nic mu nie grozi, jak bardzo musi się o mnie martwić! I w jakim szoku będzie, kiedy się dowie?

Przekład Katarzyna Lisikiewicz. Skróty od redakcji.

Źródło: http://krytykapolityczna.pl/kraj/ameer-alkhawlany-aresztowany